polscy wykonawcy-mój top 30
Widzisz wersję archiwalną wątku "polscy wykonawcy-mój top 30" z forum forum.studio-nagran.pl/
Strona
1 z
4 •
1,
2,
3,
4
spawngamer - 2006-11-29, 17:21
WSTĘP
Pomysł był prosty. Tak jak przy poprzednich topach wybrać moich 10 ulubionych płyt i opisać związane z nimi wrażenia. Ale zawahałem się czy tylko 10? Czy nie warto dokonać promocji szerszego kręgu autorów i wydawnictw, które powiedźmy szczerze są mało znane mimo, że znakomite ? Warto by więc zarekomendować płyty stworzone przez polskich artystów, którzy borykają się z mnogością pomysłów a brakiem sprzętu, problemami wydawniczymi często wydając kolejne pozycje własnym sumptem, a przez to śladową sprzedażą swoich dzieł...może ktoś zachęcony mymi recenzjami ( i nie tylko) mówiąc otwarcie zechce zapoznać się z ich dokonaniami i kupi od nich jakiś album. Bo tak naprawdę to pasjonaci, którzy czują dużą radość z faktu samego tworzenia i grania a tym bardziej radość im sprawia gdy ktoś ich chwali i promuje.
Wielu wykonawców znam z niewielkiej części ich dokonań (np. Certamen tylko 4 tytuły spośród kilkudziesięciu), niektórych w ogóle (np. Jarek Degórski) i można zarzucić mi ze ten top będzie trochę kulawy ale lepiej chyba taki niż żaden.
Założenie było aby odrzucić bootlegi, oraz wszelkie składanki ale jak najbardziej zakwalifikować cd-ry stworzone z taśm MC, których kiedyś było sporo i były oficjalnymi wydawnictwami.
I tak na polu walki pozostało 157 tytułów. Ponad 50 z nich spokojnie mógłbym polecić każdemu. Końcowa selekcja to już. co podkreślam, jak dla mnie prawdziwa elita.
Zapraszam do czytania, wypowiedzi i ...słuchania.
pierwsza odslona już wkrótce....
DeLong - 2006-11-29, 19:06
To ja moze tak od siebie zasugeruję abyś na koniec podał pełną listę nagrań spośród ktorych wybierałeś swoj TOP.
No i czekam niecierpliwie...
spawngamer - 2006-12-01, 11:28
30.KRZYSZTOF RADOMSKI – FONOLABE (2004)
Krzysztof Radomski debiutował w wieku 22 lat gdy szwajcarski wydawca Hypersound wypuścił na rynek jego pierwszy album "Epsilon" nagrany w duchu spacesynth, czyli Koto czy Laser Dance po kilku zaś miesiącach kolejny "Inner Travelling". Utwory spodobały się na tyle by znaleźć się na składankach "Synthesizer Dance vol.3" i "Synthesizer Dance vol.5". Z tym, że Krzysztof w tym czasie odkrył takich wykonawców jak Biosphere, Lustmord, Steve Roach, Karlheinz Stockhausen, Pete Namlook i jego zainteresowania z muzyki dynamiczno –taneczno – syntezatorowej przeszły na stojący na jakże odległym biegunie zainteresowań muzycznych ambient wymieszany dodatkowo z eksperymentalem. W 2004 roku realizuje więc album Fonolabe.
Absorba Asimilata. Dziwne, tajemnicze odgłosy wprowadzają nas w klimat tej płyty. To kreacja innych światów za pomocą niesamowitych dźwięków, na tle których pojawia się pełna pogłosów linia melodyczna...Fenomenalny utwór który buduje w mojej wyobraźni kolorowe wizje odmiennych stanów świadomości. Trudno mi uwierzyć, że powstał w głowie zaledwie 25 latka! Brzmienie i jego struktura przypomina mi najlepsze dzieła Rich’a czy Stearns’a, czyli tuzów ambientu i space music. Dojrzałość tej muzyki eliminującą podejrzenia o przypadkowości stworzenia świetnego kawałka, potwierdzają ku mej radości kolejne utwory. Wpadamy więc w Ux 11 w niezwykłe odgłosy, w bogate źródło doskonałych eksperymentalnych brzmień sampli, ze smakiem i zmysłem aranżacyjnym wykorzystanych. Pikania, szelesty, szumy układają się w niezwykle faktury przy których Biosphere brzmi dziecinnie...Blisko 10 minutowy utwór jest jakby podzielony na części, za pewnie, co rozsądne, aby nie zanudzić słuchacza, nagminny mankament ambientu, monotonnie snującą się strukturą. Ubarwienie o pulsujący, drażniący dźwięk syntezatora w tle którego słychać typowo ambientowe głuche, lejące się dźwięki powoduje, że z ciekawością słuchamy ciągu dalszego zręcznie eksploatowanego aż do ostatniego dźwięku. Paraxalian zdaje się być z początku typowym minimal ambientem dopóki w tle nie pojawia się przeskakująca między kanałami seria zgrzytów i pisków. Brzmienia są dużo bardziej eksperymentalne z pewną dawką IDM i kojarzą się mi Stockhausenem. Niezwykłej urody elektroakustyczne zabawy, jednych mogą zirytować innych zachwycić. Dla mnie świetne. Od połowy utworu dźwięki giną by powrócić ze zdwojoną siłą. Jeśli ktoś chciałby opisać trans hipnotyczno-narkotyczny zapewne mógłby uznać ten kawałek za hymn takiego stanu gdzie wyciszona końcówka symbolizowałaby ucieczkę świadomości w niebyt utraty przytomności. Złączony tymi subtelniejszymi dźwiękami Fuzyon po chwili staje się potężną ścianą dźwięków, gęstą zbitką brzmień przypominających przetworzone i pocięte dźwięki wydobywane ze strojonego radia, wymieszane z przetworzonymi odgłosami mowy ludzkiej . Prawdziwa mroczna industrialno-psychotransowa jazda bez trzymanki. Jeśli chcecie zrobić sobie testy głośników – rewelacja. Fonofobia kontynuuje soniczne wariacje poprzedniego tematu tyle, że w mniej abstrakcyjny, bardziej przyswajalny dla zwykłego słuchacza sposób. Ładnie rozplanowane sample tworzą ciekawą kreację obcowania z czymś wykraczającym poza poukładane formy typowego ambientu. Jeśli można by ukuć termin industrialny ambient idealnie pasowałby do tego dzieła. Schizcience to zgrzytliwe schizoidalne dźwięki mające w sobie coś bardziej przyziemnego w naturze niż sample z poprzednich utworów. Tytuł wskazywałby, że Radomski prawdopodobnie pragnął uchwycić muzyką to co się dzieje w psyche schizofrenika. Słychać przez moment, trance z odgłosami ulicy i rozmowy w tle – to próba powrotu umysłu do realności ale po chwili nadrealne dźwięki znów wtłaczają nas w kanciaty świat człowieka dotkniętego chorobą umysłową, gdzie końcowe fragmenty „płaskiego” dźwięku odzwierciedlają katalepsję zakłóconą jeszcze przez moment próbą wyrwania się z objęć szaleństwa. Crystalium Hydrae rozpoczyna się przepiękną melodią wspartą po chwili typowymi ambientowymi ascetycznymi podkładami, wylewającymi z głośników.
Ta płyta to niesamowita podróż w elektronikę eksperymentalną. Co ważne, Radomski nie da się porównać tak naprawdę do niczego. Stworzył tu swój unikalny, niepowtarzalny styl pozwalający słuchaczowi na odkrywanie coraz to nowych smaczków. Nie nuży i zadziwia wszechstronnością. A wszystko to z miłości do komputerów i dzięki Sonar 5, Reason 3, z3ta+ DXi, Pentagon DXi, Absynth 2 DXi, AMS DXi, Sound Forge 6.0 i zestawowi pluginów... (8.14/10)
1.Absorba Asimilata (6.15)
2. Ux 11 (9.27)
3. Paraxalian(11.27)
4. Fuzyon(13.31)
5. Fonofobia(9.49)
6. Schizcience(9.00)
7. Crystalium Hydrae(4.00)
Do posłuchania Absorba Asimilata http://s004.wyslijto.pl/i...wn=&gk=transfer
spawngamer - 2006-12-07, 09:30
29.MIKOŁAJ HERTEL-WEWNĘTRZNY PULS (1994)
Mikołaj Hertel ma gruntowne wykształcenie muzyczne. W latach 70-tych robi studia pianistyczne pod okiem profesor Reginy Smędzianki na PWSM w Warszawie, bierze udział w konkursie muzycznym (Vercelli 76) gdzie doszedł do finału ale nie otrzymał nagrody. Rozgoryczony zwrócił się ku muzyce rozrywkowej. Na przełomie lat 70-tych i 80-tych napisał kilka znanych piosenek ( m.in. dla Alicji Majewskiej, Anny Jantar, Ireną Jarockiej ) Polem jego działalności była też muzyka teatralna (Dżuma według A. Camusa) i muzyka filmowa (Opowieść o Tristanie i Izoldzie). Tworzenie piosenek odbywało się wtedy z orkiestrami. A właśnie chęć uniezależnienia się od nich zadecydowała o zakupie syntezatora JVC Keyboard. Zbiegło się to z pierwszym wyjazdem Hertla do niemieckiego kurortu Bad Ems koło Koblencji, gdzie pracował jako pianista. Jak sam zauważa, życie jest bardzo paradoksalne : przez długie lata nie napisał żadnego podkładu do piosenki przy użyciu syntezatora, natomiast zaczął na syntezator pisać samodzielnie niezależne utwory instrumentalne. Pokoleniowo należy do grupy „dziadków” polskiej elektroniki, ale późniejszy start odbił się na jego debiucie w tym gatunku. Od kilku lat Mikołaj Hertel skutecznie powraca na teren klasycznej muzyki akustycznej. Świadectwem tej ewolucji są koncerty na harfę, marimbę i flet z orkiestrą. Tak powstał poemat Pneumatikós (2005), utwór na fortepian i zespół kameralny będący w zamyśle kompozytora afirmacją powietrza i oddechu jako warunku i motoru życia w sensie zarówno biologicznym jak i duchowym, w sierpniu 2006 w Pałacu Czartoryskich w Puławach miał światową prapremierę Koncert Janowiecki na V Janowieckich Interpretacjach Muzyki, a na kwiecień 2007 przygotowany jest w Filharmonii Lubelskiej Athos Concerto na harfę i orkiestrę kameralną. W między czasie, Hertel bierze udział w wielu ciekawych przedsięwzięciach artystycznych choćby ubarwianiu swą muzyką wernisaży sztuki wizualnej.
Hertel ma niepowtarzalny styl, który trudno sklasyfikować. Łagodne frazy, równa linia melodyczna przy zachowanym delikatnym rytmie i refleksyjnym nastroju. Niektórzy przydają mu epitet „polski Kitaro” co może być słuszne jeśli chodzi o styl ale nie formę. Ta jest minimalistyczna w aranżacjach, bardzo odległa od kosmicznych klimatów jakie niosą dźwięki Kitaro z jego japońskiego okresu. Swoista surowość dźwięków łączących się w ładne melodie w romantycznym stylu to znak rozpoznawczy Hertla. Znakomicie nadaje się do obrazowania bajek, baśni dla dzieci poprzez swą prostotę ( nie czytać prostactwo), oszczędność wyrazu idealnie wpasowuje się w ich idealistyczną tematykę. Nic dziwnego, że Hertel ma liczne doświadczenia w tej materii od muzyki do płyt z bajkami -„Bajki dla dzieci dużych i małych” (2004), Grażyny Orlińskiej, która pisała mu teksty na płytę „Echa”, po animowane seriale dla dzieci: „Smog” (1988), „ABC... itd.” (1989) i „Bąblandia” (1991-1993) a nawet film fabularny dla młodzieży „Cyrkowa Pułapka” (1995). Na marginesie dodam że Hertel ma wiele przygód z muzyką ilustracyjną m.in. użyczał swej muzyki do filmów dokumentalnych („Sztorm” o kapitanie Baranowskim ) czy etiud studenckich np. Deklinacja (1979) Krauzego twórcy „Długu”.
Inną powiązaną z jego muzyką stałą jest zamieszanie wydawnicze. Większość tytułów na CD bowiem oprócz nowego materiału przynosi kolejne wersje znanych już kompozycji. Na tej płycie Mikołaj Hertel m.in. umieścił dwie spośród czterech części suity „Zaczarowane Ogrody” (12,13) i „Zamiast Listu Do Ciebie”(18) pochodzące z kasety magnetofonowej „Dźwięki Zaczarowanego Świata” (Digiton 1992), co można jeszcze zrozumieć jeśli autor nie zamierzał jej wydawać na CD ale utwór tytułowy jak i „Promień Jasności” pojawił się wcześniej w innej interpretacji na CD –Dźwięki Morza (Dux,1993) itd... Może to dezorientować osoby sięgające po jego płyty ale naprawdę warto. Zachęcam.
Już „Fale Alfa” to właśnie typowy Hertel. Tej minimalistycznej muzyce bardzo blisko do np. Steve Halperna gdyby nie to że zamiast leczniczo medytacyjnych walorów jest wzbogacona o liczne wstawki „stringów” i dźwięków z keyboardu unoszących się pogodnie i z pewnym rodzajem werwy z głośników. Co charakterystyczne jako podkład nie wykorzystuje lejących się dźwięków lecz przypominające uderzenia pałeczek, oszczędne w wyrazie tony. Hertel unika łączenia w jedną warstwę kolejnych brzmień. Taki sposób grania jest mocno osadzony w realiach początku lat 80 tych gdzie ten typ muzyki dominował w kręgu elektroniki. Ten minimalizm tworzący otoczkę przyziemności jakże odległy od rozpasanych dźwięków V. tworzących pompatyczne gobeliny, czy BS-owskich kosmicznych pasaży połączony z melodyjnością tworzy niezwykłej urody, kruche w swym wyrazie kompozycje. Hertel mam ten dar że chociaż można zarzucić tej muzyce swoistą wtórność to jednak nie nuży (chyba że na życzenie autora zamieszczającego po kilka wersji tego samego utworu). Z całego cyklu chyba najbardziej romantycznie brzmi oparty na fortepianie i pasażu na keyboardzie fragment 3. To obok fletu i zwiewnych, miękkich syntezatorowych dźwięków ulubione instrumentarium Hertla, który unika linii basowej a jeśli wykorzystuje już np. perkusję to w bardzo delikatnej, prawie nieśmiałej grze. Każda kompozycja to mile dla ucha zestawy spokojnych, nienatarczywych, pastelowych brzmień z dużą ilością tradycyjnych instrumentów typu smyczki, wiolonczela, altówka czyli słychać preferencje nakierowane na obrazowanie typowe dla muzyki klasycznej. Dużo tu „szklankowych” dźwięków , zwiewnych tonów i barw, filigranowych melodii. Pytanie czy ta muzyka to New Age? Raczej nie –blisko jej do stylistyki tego nurtu ale to według mnie łagodne w wyrazie el . Brak tu lukrowatości i Hertel bardziej stawia na pewną dozę eksperymentu (np. 9) bawiąc się możliwościami syntezatorów i ich barw. Hertel jest jak najbardziej romantyczny ale nie nostalgiczny. Jego melodie to nie tęskne obrazy przeszłości ale czarujące, miłe dla ucha melodie niosące w sobie zawsze pozytywne, radosne brzmienia. „A smutek mija też” to przebój który aż prosi się o dodanie słów. Pojawia się zresztą wokaliza żeńska i zdanie tekstu –oparty na brzmieniu fujarki i rytmie wybijanym perkusją utwór jest bardzo subtelny i piękny. Najdłuższy na płycie utwór tytułowy rozpoczyna się od gitarowej impresji wprowadzającej w stonowany podkład syntezatorowy na tle którego piękną kodę wygrywa gitara akustyczna oraz altówka całość daje niezatarte wrażenia obcowania z czymś bardzo przyjemnym. „Mała czarodziejka” zaś to asceza minimalistyczna gdzie brak przepychu aranżacyjnego zastawionego z głosem dziecka sięga prostotą dźwięków do natury czystości i niewinności lat dzieciństwa. „Ogród aniołów” to jedna z najbardziej znanych hertlowskich melodii będąca kwintesencją jego stylu. Polecam wszystkim lubiącym dobrą muzykę (8.16/10)
1-4 Fale alfa 10:52
5 A smutek mija też... 3:39
6 Wewnętrzny puls 5:14
7-10 Muzyka deszczu i miłości 10:15
11 Mała czarodziejka 3:11
12 Ogród aniołów 3:49
13 Ogród cieni 2:41
14 Promień ciemności 4:04
15 Promień jasności 1:21
16-17 Czułe dotknięcia 2:52
18 Zamiast listu do ciebie 3:05
utwór tytułowy http://s004.wyslijto.pl/i...wn=&gk=rachunek
A smutek mija też... http://s004.wyslijto.pl/i...wn=&gk=pozyczka
spawngamer - 2006-12-13, 13:07
28.KAYANIS –SYNESTHESIS (2001)
Ten utalentowany multiinstrumentalista już w wieku 10 lat ( 1982) rozpoczął naukę gry na gitarze i tworzenie pierwszych kompozycji. Trafił później do Państwowej Szkoły Muzycznej w rodzinnym Słupsku, do klasy kontrabasu której jednak nie ukończył. 13 lat -pierwsze doświadczenia w lokalnych zespołach. 14 lat - pierwsza trasa koncertowa. 15 lat - pierwszy własny zespół „Van der Krammer”, tercet grający muzykę elektroniczną. Pierwszym poważnym pojawieniem się publicznym zespołu był Festiwal Muzyki Science – Fiction organizowany przez legendarnego popularyzatora muzyki el Artura Lasonia, w Ośrodku Kultury Ochoty w Warszawie gdzie werdyktem publiczności zajęli drugie miejsce (1988). Zespół istniał do 1990 roku, gdy Kayanis postanowił zacząć pracować solo. Napisał dwie suity elektroniczne, z których jedna doczekała się publikacji w 1994 roku na kasecie „Oczekiwanie”(X Serwis), będąc zapisem muzyki do spektaklu wystawionego w 1992 roku w Ośrodku Teatralnym Rondo w Słupsku z towarzyszeniem grupy tańca współczesnego „Nocny Warsztat”. Zaproszeni dziennikarze napisali o przedstawieniu bardzo pochlebne recenzje. Kilka utworów Kayanisa ukazało się również na kompilacjach z muzyką el. Pod koniec studiów zaangażował się w zespół „Shaxbeer” dla którego pisał i aranżował utwory. Nie przestawał tworzyć własną muzykę i gdy pojawił się sponsor, nagrał pierwszą płytę CD „Machines and Dreams”(1998). Materiał ten spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyki i miłośników el muzyki. W 2000 były już gotowe utwory na nową płytę. Autor nazwał ją Synesthesis. Projekt miał nieczęsto spotykany nie tylko jak na realia polskie rozmach produkcyjny. W realizacji płyty uczestniczyło około 150 osób – stale współpracujący z artystą soliści, Państwowa Orkiestra Kameralna w Słupsku pod batutą Romana Drozda i stuosobowy chór. Nagrania (styczeń i luty 2001) realizowano w czterech studiach nagraniowych (Studio MDK w Słupskim Teatrze Impresaryjnym, Yamaha Promusica w Łomiankach, New Project Studio w Wołominie) i w zorganizowanym specjalnie dla potrzeb tej płyty Keyamo Studio doposażonym w instrumentarium przez jednego ze sponsorów Yamaha ProMusica ( pewnikiem pomagał Tomasz Kubiak...). Cały proces trwał około sześciu miesięcy. Płyta została wydana pod koniec 2001 roku. W lipcu 2001 na dziedzińcu poznańskiego zamku odbyła się nieoficjalna prezentacja nowej suity. 22 wrześniu 2001 odbyła się właściwa premiera „Synesthesis” w Teatrze Impresaryjnym w Słupsku. Zarówno koncert, jak i sama płyta zebrały entuzjastyczne recenzje. We wrześniu 2001 artysta otrzymał wraz z zespołem zaproszenie na prestiżowy festiwal muzyki elektronicznej Alfa Centauri w Holandii. Polacy zaskoczyli publiczność rozmachem koncertu (18 osób na scenie) i różnorodnością materiału muzycznego. Dzięki kontaktom nawiązanym na tym festiwalu płyta „Synesthesis” znalazła dystrybutorów w USA, Holandii, Wielkiej Brytanii i Niemczech. W studiach Virtual Factory w Holandii, pod okiem reżysera i grafika Rolfa van Slootena, powstał teledysk do Synesthesis I". Również w kraju muzyka z „Synesthesis” zyskała grono sympatyków. W marcu 2002 Kayanis wraz z przyjaciółmi pojawia się telewizji MTV Classic. Dzięki programowi Hołdys Guru Ltd. muzykę tą udało się przedstawić szerszej publiczności gdyż dawny lider Perfectu zachwycony nią poświęcił jej cały czas antenowy. Kolejne miesiące upływają na przygotowaniach do kolejnego wielkiego projektu – trasy koncertowej „Synesthesis 2003” czyli profesjonalnej promocji płyty gdzie muzykę wzbogacały dodatkowe atrakcje ( Rawicz działania parateatralne w wykonaniu Teatru Prawdziwego z Bielawy, Kwidzyn ponad pięciominutowy pokaz pirotechniczny, skomponowany specjalnie na tę okazję do utworów Willow Green i Synesthesis III) , a oprócz Kayanisa grającego syntezatorach i gitarze basowej, na scenie pojawiało się 3 gitarzystów, perkusista, 2 śpiewaczki i dwunastoosobowy Chór Kameralny Fermata z Kielc.
Płytę wydaną przez "Luna music" określić można jako dywagacje co by było gdyby Mettalica spotkała Mussorgskiego i oblano to wszystko sosem muzyki elektronicznej. Nie na darmo przywołałem te postacie gdyż sam Kayanis przyznał się do inspiracji wynikających z ich dokonań.
Pierwsza kompozycja brzmi jak gotyckie dzieło (śpiewy) z dodanymi samplami i wstawkami głównie fortepianu przeplatanymi smyczkami pozostawia nas w kręgu muzyki instrumentalnej. Synesthesis I osadzono także w klimacie gotyckiego rocka wymieszanego z trancowym bitem. Pojawiają się chórki żeńskie w stylu muzyki world oraz ostra gitara elektryczna wysunięta na pierwszy plan wspomagana przez dynamiczną perkusję. Kakafonia ostrych dźwięków otaczająca słuchacza wciągniętego w wir muzyki prawie przytłacza swą masywnością, łagodzoną przez żeńskie chóry i wstawki spowolnień tempa. Ostre brzmienie tępieje trochę w piosence Neverthless gdzie właściwie pozostawiono budowanie klimatu śpiewakom (śpiew sopranu, dialog wokalny) wspomagając ich nieśmiało syntezatorem i czasem uderzeniami perkusji i riffami gitary. Suitę Synesthesis II otwiera ostre hard rockowe granie które nagle przechodzi w klasyczną symfonię przerywaną momentami ostrzejszymi rockowymi wstawkami, dźwięki subtelnieją i gitara akustyczna nadaje ton kompozycji wsparta różnymi ozdobnikami z syntezatorów by znowu nabrać mocy symfonii rockowych brzmień. Całość to liczne zmiany, wolty nastrojów gdzie czuć niesamowitą moc bijącą z tej muzyki w której słychać pasję tworzenia. Sad Song to prawie heavy metalowa ballada –gdyby podmienić delikatny głos wokalistki można by to uznać za dzieło Mettalici. Inter Arma Silent Musae wokaliza w hollywodzkim stylu powoli dźwięk tężeje i nabiera mocy – brzmi jak nowoczesne symfoniczne dzieło mające siłę poruszyć każdego słuchacza za sprawą lawiny przesterowanych gitar i potężnych chórów. Look At Me najdłuższy utwór na płycie –fortepianowe delikatne dźwięki opatulone syntezatorami przekształcają się w mocny rytm. Cechą charakterystyczną tej kompozycji jest wielotematowość świadcząca o mnogości pomysłów rojących się w głowie kompozytora. Jak twierdzi Kayanis, "Synesthesis" ciągle wywołuje w nim uczucie , że jeszcze można było zrobić dużo więcej. Autor ten utwór wskazuje jako wyznacznik jego preferencji harmonicznych i melodycznych. Dwa ostatnie utwory dopełniają całości płyty kończąc ją w porywającym finale...
Syntezatorowe plamy przeplatane są świetnymi partiami gitar elektrycznych i akustycznych, chórem i wstawkami orkiestrowymi, wszystko to porywające w swojej melodyce, aranżacjach i dynamice. Całość to ciekawe połączenie art rocka w stylu gotyckim z el-muzyką, muzyką symfoniczną i szczyptą elementów folkowych (celtycko brzmiący flet w Willow Green) i trance (Synesthesis I). Co do odniesień względem innych twórców można ich wymienić kilku. Gotyckie brzmienie i śpiewy w stylu Dead Can Dance (1), muzyka world w wyraźnej konwencji Beautiful World czy Deep Forest (2), mutacja brzmienia z Floodland – Sisters Of Mercy (3) heavy metalowa ballada Mettalici (5) a zwłaszcza Mike Oldfield w dwóch najdłuższych suitach gdzie Kayanis operuje też zmianami nastroju, tempa i brzmień co charakterystyczne jest dla twórcy Tubular Bells. Co ciekawe Jak Kayanis przyznał muzyka el zeszła na dalszy plan na rzecz poszukiwania ciekawych brzmień wynikających z różnych mariaży. Dlatego na „Synesthesis” przeplatają się różne motywy tworząc pewną nową jakość do czego artysta dążył. Mieszanie wolniejszych i szybszych tonów dynamizm kompozycji stało się znakiem rozpoznawczym tej muzyki. Różnorodność stylów ubarwia różnorodność instrumentarium Zasięg kompozycji oscyluje pomiędzy neo symfonicznością a mrocznym, przestrzennym rockiem dając zaskakującą atmosferę. Duża dawka świeżych aranżacji wykorzystujących moc zarówno syntezatorowych jak i tradycyjnych instrumentów i rozmach realizacji i bardzo plastyczne pomysły powodują, że Kayanis wyszedł tą pozycją poza szereg innych twórców. Dość zróżnicowany, odbiegający od stereotypów tej muzyki materiał mimo owej mnogości i przenikania się tematów jest spójny i stanowi jednolitą całość. Oprócz chóru na płycie słyszymy również chórki oraz popisy solistek - Anetty Markiewicz wzbogacającej całość swym sopranem oraz Katarzyny Ziółkowskiej i śpiewającej piosenki Beaty Molak ukazującej możliwości kompozytora w zakresie pisania spokojnych, nastrojowych ballad . W jego wcześniejszych utworach słychać naśladownictwo mistrzów muzyki elektronicznej. Tutaj odnalazł własny styl i własne brzmienie.
W tym roku Kayanis przypomniał się w czerwcu widowiskiem multimedialnym „The Palace of Yaspirre” oczywiście równie rozbudowanym jak wcześniejsze wydarzenia koncertowe (Akademicki Chór Uniwersytetu Gdańskiego, orkiestra Akademii Muzycznej w Gdańsku)
gdzie programie znalazły się znane już utwory oraz prapremierowe wykonanie fragmentów suity "Where Abandoned Pelicans Die" nad którą w wersji płytowej kompozytor obecnie pracuje. Oczywiście nadal też udziela się jako anglista-lektor i tłumacz dla potrzeb filmu i przemysłu nagraniowego.
Wracając do płyty Synesthesis przyznam, że dokonałem z nią pewnej manipulacji. Ta płyta jest fenomenalnie zaaranżowana i zagrana, z bardzo pięknymi, zapadającymi w pamięć utworami. Tak naprawdę ocena którą jej wystawiłem uplasowałaby ją w pierwszej piątce tego zestawienia. W czym więc rzecz? Oceniałem jej wartość pod kątem stricte el muzyki a z tego punktu widzenia to płyta pełna perkusacji i gitarowych riffów, gdzie na 9 kompozycji 2 to regularne piosenki co powoduje, że prawie całkowicie zamazano odbiór wstawek elektronicznych... Jest doskonałą fuzją różnych rodzajów muzycznych, należy polecać ją każdemu kto lubi wysublimowanego rocka lub muzykę symfoniczną. Pod względem el muzy jest gorzej ale sam autor przyznawał, że ten gatunek zbyt go ograniczał. Stąd i moje ograniczenie choć płyta jest rewelacyjna...(8.89 /10)
Kayanis - instrumenty klawiszowe, gitara basowa
Roman I. Drozd - orkiestracja
Andrzej Czajkowski - gitara elektryczna i akustyczna
Mariusz Mojsiuk - gitara klasyczna, akustyczna i elektryczna
Anetta Markiewicz - sopran
Beata Molak - śpiew solo, vocoder
Kinga Łapińska, Kamila Lukomska, Sylwia Maruszak - chórki
Patrycja Napierała - bodhran
Jarosław Nyc - saksofon sopranowy
Jacek Wietrzyński - flet
Państwowa Orkiestra Kameralna w Słupsku
Chór Pomorskiej Akademii Pedagogicznej im.Zofii Kurowskiej
1. Synesthesis Ouverture 1:36
2. Synesthesis I 4:13
3. Nevertheless 3:27
4. Synesthesis II 9:56
5. Sad Song 4:04
6. Inter Arma Silent Musae 4:50
7. Look at Me 11:38
8. Willow Green 7:08
9. Synesthesis III Finale 3:58
Willow Green http://s004.wyslijto.pl/i...k=ubezpieczenia
spawngamer - 2006-12-18, 16:24
27.NERIOUS-ELZERT(2005)
Tomasz Szymański znany pod pseudonimem Nerious to rocznik 1986. Tak, nie ma tu pomyłki ma 20 lat i 3 tytuły na koncie. Jak twierdzi pierwszy kontakt z elektroniką to gdy jako czterolatek godzinami wsłuchiwał się w dźwięki kompozycji JMJ. Pierwsze kompozycje począł realizować w wieku 13 lat w programie "Music Creation" na konsoli Sony Playstation. Dwa lata później dostał komputer z kartą SBLive, a obecnie korzysta z oprogramowania komputerowego oraz keyboardu Yamaha PSR-520. I teraz najciekawsze co mnie zaskoczyło biorąc pod uwagę jego utwory o wyraźnej tendencji skłaniania się do muzyki klasycznej- Nerious nie jest po żadnej szkole muzycznej jest całkowitym samoukiem czytającym jedynie literaturę fachową i pobierającym tylko lekcje pianina zresztą zarzucone w wyniku choroby jego nauczyciela. Swoją muzykę uznaje za szeroko pojętą muzykę elektroniczną w której można się dosłyszeć i trochę łagodnego el-popu, trochę szkoły berlińskiej, ambientu, czasem nawet elementy muzyki klasycznej. Szczerze ja widzę to głównie jako ciekawe melodic electronic z dużym akcentem na orkiestracje. Nic dziwnego skoro lubuje się w muzyce Griega i Bacha a z elektroników ceni JMJ i wczesnego Vangelisa.
Tomasz może się poszczycić skromnym dorobkiem wydarzeń artystycznych w jego życiu. Stąd za sukcesy uznaje już samo pojawienie się jego utworów w audycji Piotra „el_visa” Lenarta. Na żywo ładnie zaprezentował się w tym roku podczas drugiej edycji elektronicznego Woodstocku w Kruszwicy. Kojarzony był też z zespołem Endorphine ale w październiku tego roku ich drogi rozeszły się, Tomasz odszedł z tego projektu.
Nazwa Elzert to zbitka dwóch wyrazów el(ektronika) i (konc)ert co ma sygnalizować połączenie elektroniki z koncertem kojarzonym w tym wypadku z monumentalnym wydarzeniem. Inspiracją była fascynacja koncertowymi eventami JMJ. To dość ciekawa pozycja w dorobku Neriousa gdyż jest trzecią w jego dyskografii ale ma cechy składanki najwcześniejszych, niepublikowanych utworów z różnych okresów gdzie znajdują się też 4 fragmenty z płyty „Neurotropium”. Dobrano je tak aby było słychać typowo elektroniczne brzmienia kojarzące się z muzyką el lat siedemdziesiątych czego zresztą wymagała konwencja serii old skool prowadzonej przez Michała „Bookovsky” Bukowskiego, który zdaje się na tym właśnie tytule zakończył swą szczytną działalność non –profit w celu propagowania za darmo muzyki el na kasetach MC. Ten dobór stylistyczny i brak większej ilości utworów w tej konwencji spowodował sięgnięcie po kawałki z „Neurotriopium”. Elzert zawiera z niej cztery z sześciu części (pozycje 1,4,8,9). „Neurotropium” powstała w kilka miesięcy w czasie pracy nad płytą „Pejzaże”. Nazwa to wymyślone przez autora określenie komórki w mózgu odpowiedzialnej za tworzenie, kreację. Każdy utwór miał się znacznie różnić i miał być odrębną całością. Część 1 ma cechy melodyjnej elektroniki w ciekawie zaaranżowanej minimalistycznej formie prawdopodobnie wynikającej z ograniczeń w dostępie do instrumentarium. Utwór mimo że oparty na powtarzającym się motywie muzycznym nie nuży, gdyż jest ciekawie ubarwiony. Artysta ma bardzo cenną cechę- intuicyjnie wie w którym momencie przełamać zapętloną melodię aby nie zaczęła nudzić słuchacza (w 3.55 czy 6.34). Część druga oparta jest na tych samych zasadach z ciekawym wstępem zapowiadającym bardziej stonowany, dryfujący gdzieś w kosmosie utwór, a za to dostajemy głośną solówkę syntezatora z podkładem perkusyjnym w stylu JMJ z czasów Magnetic Fields by zmienić od 1.49 zarówno brzmienie jak i frazę melodii. Zdecydowanie całość to nawiązanie do szkoły francuskiej w stylu wspomnianego Jarre’a czy Marouaniego. Część trzecia to zmodulowane brzmienie przypominające klawesynowe wprawki z epoki baroku przechodzące w żywsze tempo i typowo syntezatorowe pasaże, w które wpleciono ciekawy wtręt z transowym bitem. Owe ciekawe budowanie klimatu, co powtórzę jeszcze raz, staranie się aby nie zmęczyć słuchacza przez liczne powtórzenia, które w bardzo przemyślny sposób są ubarwiane licznymi dodatkami to bardzo mocna strona tej muzyki. Część szósta jest bardziej mroczna i dosadniejsza w dźwiękach. Podskórną nerwowość tej muzyki podkreślają wygenerowane komputerowo sekcje smyczków. Całość przypomina mi trochę styl Hammera z Miami Vice i idealnie pasowałaby do jakiegoś serialu sensacyjnego. Tak więc prawie opisałem całe Neurotropium, brak tu tylko części 4 i 5. „Śnieżny cyklon” ma obrazować zachowanie żywiołu, czyli najpierw wariacja , silny niszczycielski wiatr (słychać jego szum i bicie fal) na tle którego słychać szybki rytm podkładu i pełną rezygnacji i poczucia nieuchronności solówkę na keyboardzie, nagle cichnie, wpadamy w jego oko gdzie istnieje cisza i pustka, z której znów porywa nas wir, w końcu odchodzi równie nagle jak przybył. Eksperymentalnie ale w polu ME. „Strajk androidów” ma być opowieścią odzwierciedlającą tytuł. Początek przywodzi na myśl nostalgiczny ambient ze wstawkami efektów które niwelują surowość tej formy muzycznej. Płynne przejście w stonowaną sekwencyjność wprowadza nas w świat NBS w wydaniu Neriousa. „Krótka historia małej planety”. Piękna wokaliza na początku symbolizuje narodziny po którym następuje rozwój biologiczny (samotne brzmienia przypominające organy, pojawia się życie –słychać odgłosy zwierząt, włącza się keyboard snujący subtelną melodię), dochodzi jednak do zachwiania równowagi spowodowanej działalnością istot myślących ( melodia ginie , więcej nieskoordynowanych dźwięków przechodzących w nerwowy rytm) i eksplozji ( zbyt słabo zaakcentowanej, umyka to uwadze). Dwa najstarsze utwory na płycie to tytułowy „Elzert” i „Sequence part 1”.Elzert zwraca uwagę przede wszystkim wykorzystaniem imitacji orkiestrowej sekcji smyczkowej mającej za zadanie ukazanie potęgi wydarzenia jakim jest pełen rozmachu koncert. Bardzo ładnie przeplata się to z syntezatorowymi popisami autora. Znakomity pomysł łączenia klasyki z el muzyką to rzecz nie nowa (choćby Serge Blenner) ale według mnie bardzo smacznie i przystępnie prze Neriousa uczyniona. Utwór trzeci na płycie epatuje nas ładną, zapętloną melodią, także doprawioną pyszną wstawką smyczków. Prawdziwa perełka to klimatyczna wstawka 2:37-3:01. Artysta w wersji CD umieścił dwa bonus tracki znane ze „strefy mp3” na Wirtualnej Polsce, „Lądowanie na Asarium 229” i „Ku pamięci Elmanii”. Pierwszy dość zaskakująco wprowadza nas w bardzo udany sposób w konwencję lotu w kosmos bardzo obrazowo zaprezentowanego za pomocą dźwięków i wytworzonego dzięki nim nastroju – namacalnie czuć pustkę kosmicznej przestrzeni. Drugi kawałek jest dość zaskakujący bo po konwencjonalnym rozpoczęciu przechodzi w regularne techno przerywane nagle odgłosami szumu antenowego by w końcu transmisję całkowicie przerwać.
Ci którzy lubią ME powinni bacznie obserwować dalsze poczynania tego młodego człowieka. Zwłaszcza, że z płyty na płytę robi się coraz ciekawiej...(8.16/10)
1.Neurotriopium part 1(7:02)
2.Elzert (5:59)
3.Sequence part 1 (6:00)
4 Neurotriopium part 2 (5:42)
5,Śnieżny cyklon (5:37)
6.Strajk androidów (5.47)
7.Krótka historia malej planety (6:48)
8. Neurotriopium part 3 (6:42)
9. Neurotriopium part 6 (7:12)
10. Lądowanie na Asarium 229 (4:18)
11. Ku pamięci Elmanii (1:47)
do posłuchania : Sequence part 1 http://s000.wyslijto.pl/i...=&gk=inwestycje
BOOKOVSKY - 2006-12-19, 13:19
Cześć.
Właściwie to "Elzert" wyszedł w czerwcu 2006 roku.
Tak Michale ale ja mam CD gdzie stoi Nerious home studio Marzec 2005
Co do kolejnych albumów z wydawnictwa, to zapowiada się coś na przyszły rok, bo miało być dwóch kolesi w tym roku, ale wycofali się bez jednego słowa, czego komentować nie będę i nie bardzo mi się chce. Z resztą co mnie to.
A w przyszłym roku może będzie jeden pan wydany.
Wiecie, jak to jest, kasa na drzewach nie rośnie, a z resztą to w sumie najmniejszy problem, tak po prawdzie.
No nic, musze wracać do roboty, więc uciekam i nie zakłócam już topiku.
Pozdro.
Booky
spawngamer - 2006-12-20, 15:25
26.REMOTE. SPACES - SILOS ( 2004)
Remote Spaces kojarzy się od lat z muzyką utrzymaną w klimatach pośrednich między Vangelisem, KS a Tangerine Dream a tymczasem wysmażyli na tej płycie odpływ ku klimatom prawie ambientalnym tyle że w melodyjnej odmianie tego gatunku czyli space music w stylu Roberta Richa z odrobiną Jonna Serrie. ( może wplecienie quasiambientu to trend ze względu na profil z jakiego najbardziej jest znany wydawca płyty, label Requiem Music)... Jak dla mnie najciekawsza polska grupa elektroniczna, takie polskie Software ( nieprzypadkowe porównanie bo i duet i klimat podobny ) która wraca jakby do swoich korzeni kiedy powstawały pierwsze, bardzo eksperymentalne kompozycje. Mimo pewnych zmian nadal są jednak na tym krążku rozpoznawalni na tyle aby nie pomylić ich z innym wykonawcą. Zresztą wykorzystali tu utwory nie publikowane a znane choćby z koncertów na Mooszelce (Arpematik, Świt Pory Deszczowej ).
Bardzo podoba mi się opisanie tej płyty przez samych autorów. Pozwolicie że przytoczę. „Muzyka elektroniczna jest jak lustro dla swego twórcy. Odbijają się w nim: uczucia, marzenia, fragmenty osobistych przeżyć, doświadczeń oraz stanów ducha. Taka jest też muzyka na najnowszym krążku. Z długiej tułaczki w odległych przestrzeniach powróciliśmy na Ziemię, pod 15 południk(tytuł utworu z płyty Alpha-przyp . autora), by przypomnieć sobie nasze korzenie. Na płycie znajdzie się odrobina wszechświata, ale chcemy również wyciszyć się i pozostawić coś po sobie tutaj, skąd pochodzimy. Obrazy, które nas otaczają. Bardzo ważna jest dla nas forma, sposób przekazu utworu. Nie gramy wesoło i skocznie, gramy tak jak to czujemy i tak jak przez lata odbieraliśmy twórczość największych elektroników. Oni docierali do nas poprzez melancholie, zadumę, aż po narastające napięcie, stopniowanie odbioru i totalny odjazd połączony z czadem”. Zwróciłbym uwagę na przepiękną okładkę (Robaszewski) gdzie mamy niesamowicie klimatyczny obrazek hangaru przypominającego aztecką piramidę u stóp którego widać przejrzystą zieleń akwenu wodnego a nad nimi piękne niebieskie niebo z wyraźnym zarysem dwóch planet... W sumie ten widoczek mógłby być najkrótszą recenzją płyty oddając istotę ich muzyki.
Krzysztof „Horn” zdradza- „tytuł płyty narodził się podczas jam session w hangarze zbożowym. Zespół grał tam na drugi dzień po występach na Mooszelce. Nocowali wtedy u gospodarzy pod Koszalinem na których prośbę zaimprowizowali krótką suitę. Wtedy właśnie narodził się pomysł, że premierowy materiał, który był przygotowany na koncert będzie zaczątkiem nowej płyty o tytule Silos. Zdjęcia do wydawnictwa powstały na stargardzkim lotnisku Kluczewo i przedstawiają wojskowe hangary. Ciekawostką jest pierwsza wersja okładki zaproponowana przez label Requiem Rec. Oto projekt: http://www.digart.pl/zoom/29789/remote_spaces.html który nie tylko naszym zdaniem nie pasował do klimatu płyty. Dopiero po wielu dyskusjach powstała nowa wersja, ostateczna. Płyta powstawała w sumie 2 etapach. Źródłowego materiału było znacznie więcej niż jest na CD. Po pierwszym nagraniu materiał został wysłany do W-wy, gdzie nasz znajomy, tu przypomnienie od autora recenzji- niezmordowany majsterklepka od masteringu, szprycowania jakości dźwięku itp. (TD Tree się kłania), Jerzy „3N” Kapała swoją drogą też utalentowany muzyk ( 42 miejsce – Wietrze wiej, wietrze nieś...) zajął się masteringiem. W drugim rzucie, już po wybraniu utworów na mnie spoczęło zadanie połączenia wszystkich utworów w całość poprzez dogranie odpowiednich przejść. Całość dzięki temu zyskała w ten sposób dużo przestrzeni. Wcześniej była bardziej surowa.”
"Infrared Part 1" - Powoli wyplatane pojedyncze dźwięki zanurzone w pustce kosmosu spowijają słuchacza niczym opiumowy dym przestrzennych brzmień...Jak dla mnie to nawiązanie do dokonań KS z tym że ten tworzy bardziej surowe brzmienia gdy tym czasem tutaj nieśmiało słychać ładne ozdobniki nasycające kompozycję miłą dla ucha estetyką. Pojawia się pod koniec typowo schulzowski bitowy rytm, wyłania się elektroniczna perkusja, słychać wygenerowaną komputerowo delikatnie brzmiącą wokalizę –jest nowocześnie i NBS-owsko , suita przechodzi subtelnie w bardziej melodyjną część drugą połączonej rytmem, rozwijającą zadany temat w stylu NBS gdzie osią wyznaczającą są równomierne basowe uderzenia sekcji perkusyjnej powodujące sekwencyjnie narzucenie kaskadowego rytmu. W połowie następuje jakby pauza poświęcona samplom kosmicznego wiatru i międzyplanetarnych odgłosów z tym że w konwencji klasycznych motywów space music w stylu Richa . Tyle że Rich z tego fragmentu zrobiłby 30 minut J Całość wprowadza nas w klimat całości albumu z umiarem i wyczuciem wprowadzając nas w jego nastrój. Właściwie nie ma wyczuwalnych przejść między utworami. Zmieniają się jakby tematy. "Arpematik Part 1" to dryfujące rozmazy w stylu ambientu wymieszanego z nową elektroniką spod znaku FSOL, gdzie przetworzone efekty szumu morza i krzyczących mew tworzą postindustrialne brzmienie otulone syntezatorową imitacją analogowych sekwencji. Klimatem blisko temu utworowi do pierwszych dokonań TD typu Electronic Meditation. „Arpematik Part 2" z początku tkwi jeszcze w konwencji części pierwszej lecz po chwili wyłaniają się harmonie melodyjnych linii, ciekawy rytm i typowe dla twórczości Remote Spaces tło budujące tajemniczość i hipnotyczną przestrzenność dźwięku okraszone w połowie rytmiką drum'n'bassowych struktur które wyciszają się w oczekiwaniu na utwór tytułowy. Misternie budowany „kosmiczny” klimat przypomina klasyczną elektronikę zmieszaną ze space music. Powoli sunące dźwięki unoszą nas w pustce wszechświata omiatając nas co jakiś czas kaskadą stringów zza których w końcu przebija się wyciszona rytmiczna sekwencja w typowym NBS –ie. „Świt W Porze Deszczowej” – zgodnie z tytułem słyszymy odgłosy burzy i deszczu na tle których przelewają się nieskoordynowane ( do czasu) dźwięki. Z owej atmosfery wyłaniają się melodyjne partie oparte na wyraźnym rytmie zapętlone w charakterystyczne berlińskie sekwencje, dodanie perkusji buduje poczucie głębi całości. Rytmiczność nieco burzy dodanie gitary elektrycznej pływającej w pogłosach ( Karol Tejchman znany choćby z Woodstocku’2005) ale za to nadaje pewien metafizyczno-nostalgiczny wymiar końcówce płyty.
Remote Spaces ukazują tą pozycją jak w niebanalny sposób dokonać symbiozy nowoczesności brzmień z klasyką elektroniki bez popadania w archaizmy. Album ma zwarty, przemyślany, monolityczny kształt zbudowany z misternie ułożonych, przestrzennych kompozycji. Konstrukcje utworów są wyważone i ciekawie zaaranżowane. To szkoła berlińska zmieszana z melodyjnym el i szczyptą space music z wyraźnym piętnem ich własnego stylu opartego na bardzo ciekawych barwach i brzmieniach. Polecam wszystkim, którzy nie znają ich twórczości jako wstęp przed sięgnięciem po kolejne ich pozycje.( 8.17/10)
Konrad Jakrzewski - ensoniq sqr, yamaha tg100, yamaha w7, roland jv880, quasimidi technox, pc z cubase vst
Krzysztof Rzeźnicki - ensoniq sq2, yamaha mu80, pc
1. Infrared part 1 (7:32)
2. Infrared part 2(6:53)
3. Arpematik part 1(11:58)
4. Arpematik part 2(8:38)
5. Silos(16:38)
6. Świt w porze deszczowej(7:44)
arpematik part 2 http://s000.wyslijto.pl/i...own=&gk=leasing
spawngamer - 2006-12-28, 12:36
25.ANDRZEJ MATUSEWICZ- SIKHOTE ALIN(1997)
Andrzej Matusewicz był instruktorem muzyki i akustykiem w domu kultury w Lidzbarku Warmińskim. I to tyle co można stwierdzić o tej postaci. Próby nawiązania kontaktu i znalezienia większej ilości info spowodowały że wzbogaciłem się jedynie o wiedzę że owo „był” spowodowane było dość typowym dla artystów brakiem poczucia obowiązku wynikającego z przyziemności dnia codziennego... Co robi obecnie itd. jest mi nieznane.
Kaseta "Sikhote-Alin" zawiera materiał muzyczny napisany specjalnie na okazję imprezy meteorytowej " Goście z kosmosu", jak odbyła się w grudniu 1997 roku na zamku w Lidzbarku Warmińskim. Koncert powtórzono potem w LDK. Autor wcale nie dbał o jej zapis na stałe ale muzyka tak zachwyciła obecnych, że wręcz wymuszono na autorze jej wydanie zresztą kaseta ukazała się w bardzo małym nakładzie.
Spiritus movens akcji wydawniczej to Jacek „JotDe” Drążkowski, miłośnik muzyki elektronicznej i...meteorytów. To on też nagłośnił istnienie tego materiału i pozwolił się z nim zapoznać wielu fanom el muzyki choćby w strefie mp3.
Sikhote-Alin to nazwa meteorytu, który w postaci żelaznego deszczu spadł 12 lutego 1947 roku na teren gór Sikhote-Alin nad Morzem Japońskim.
Startujemy w kosmos i trafiamy na orbitę. Dźwięki imitują lot bolidu w przestrzeni, w duchu typowej elektroniki oprawionej ładną melodią wyciszoną u końca. Spokojniejszy utwór drugi ma bardziej rozmyte, rozmarzone tło mimo że akcja dzieje się już na ziemi. Słychać tam nadal ME ale z dużą szczyptą SM. Widmowe pejzaże wydobywane w wyobraźni za pomocą tej muzyki falują równie żywo jak i ona sama. Powala mnie swoboda kreowania nastroju i ciekawe, niebanalne dźwięki układające się w bardzo dobrą muzykę. A wszak zrobiono ją jakby od niechcenia...Rozlewające się echem wokół dźwięki w drugiej części suity ciążą już bardziej ku kosmicznym oddechom SM, zwłaszcza słychać to w podkładzie. Trzy częściowa Baszkówka ( nazwa ponoć najpiękniejszego polskiego meteorytu) zaczyna się od wirujących kaskad sekwencji przechodzącymi momentami w bardziej wyciszoną muzykę opartą o echo. Druga część najbardziej wyciszona, obraca się już w typowym SM pełnym odgłosów pięknego, tajemniczego i przerażającego zarazem kosmosu. Część trzecia operuje nadal tymi klimatami tworząc niepowtarzalny nastrój. Niestety tytuł ten ma gabaryty EP-ki czyli około 30 minut a szkoda...(8.30/10)
Instrumentarium:Yamaha MU 80, Korg DS. 8, Yamaha QY 700
1.Bolid (4:17)
2.Wyprawa w góry Sikhote Alin (10:43)
3.Baszkówka cz.I ( 6:28)
4. Baszkówka cz.II ( 4:44)
5. Baszkówka cz.III (4:14)
Do posłuchania Bolid: http://s001.wyslijto.pl/i...&down=&gk=money
spawngamer - 2007-01-02, 18:38
24.POLARIS- MOO’N’SEQUENCES (2004)
Jakub Kmieć urodzony w 1975 reprezentant Łodzi, wspomina że zainteresował się muzyką elektroniczną w dzieciństwie, dzięki radio i TV gdzie ją wykorzystywano jako podkład muzyczny chociażby pod prognozę pogody w DTV, czy kultowy program Kurka i Kamińskiego „Sonda”. Wpływ miały też czasy, w jakich się wychował, inne tempo życia...Największe wrażenie wywarł na nim w tamtych czasach krótki pokaz Marka Bilińskiego w programie 5-10-15, kiedy to Biliński krok po kroku pokazał, jak się robi taką muzykę na przykładzie "Domu w dolinie mgieł". Było to tak fascynujące, ze odtąd bardziej polubił muzykę bez wokalu, nawet często w rożnych przebojach z lat 80-tych wsłuchiwał się bardziej w elektroniczne podkłady niż śpiew. Po kilku latach przyszedł czas zapoznawania się na płytach CD z klasycznymi pozycjami gatunku dzięki czemu odkrywał że nienazwane dotąd dźwięki z dzieciństwa to TD i KS. Rozwój i dostępność komputerów na początku lat 90 tych pozwoliły na próby kreacji własnych utworów na 8-bitowym komputerze Atari 800XL w rewelacyjnym jak na tamte czasy programie Chaos Music Composer a potem na Amidze. Realne instrumentarium przyszło mu po raz pierwszy programować u współczłonka włocławskiego trio Hologram Wojciecha Sobolewskiego, posiadacza Korga Polysixa, Rolanda Alpha Juno 2 i Korga Poly800. Próba sił w komponowaniu to nie była tylko zabawa, która wciąż podsycała apetyt na tworzenie ulubionej muzyki. Aż w końcu PC-ty znacznie bardziej zaczęły się do nadawać do profesjonalnego kreowania muzyki. Powstałe na nich utwory wspomagane dźwiękami z pożyczonego KorgaPOLY800, odtworzył kilku osobom którzy namówili go na wydanie CDR. Autor skromnie uznawał że płyta jest niedoskonała i ma sporo niedociągnięć stąd jej tytuł - "Stan Przejściowy". Po namowach kilku osób wysłał płytę do Jerzego Kordowicza. Reszta zdarzeń była dla niego miłym zaskoczeniem – Kordowicz zaprezentował jego muzykę i Polaris osiągnął wysokie pozycje w plebiscycie TOP-TLEN 2000 i 2001 w PR III. A propos jego pseudonimu. Kiedy utwory na Stan Przejściowy były już gotowe Jakub pomyślał, że przydałby się jakiś dobry pseudonim bądź dobra nazwa projektu, taka, która byłaby i nośna i łatwiejsza do zapamiętania niż imię i nazwisko. Wybór padł na nazwę Polaris. Jest on wypadkową tego że na rynku muzycznym w tym czasie pojawiły się tytuły Tangerine Dream "Mars Polaris", Biosphere "Polar Sequences" i płyta Remote Spaces "Alpha", na której jest utwór "Polaris". Polaris daje też skojarzenia z chłodem albo kosmosem, a to pasowałoby do muzyki, którą wtedy chciał grać. Oprócz 3 płyt solowych ma na koncie udział m.in.w składankach The Sounds Of Moo, Contemporary Electronic Soundscapes, koncerty w ramach MPM AMBIENT 2005 w Gorlicach, Elektronicznego Woodstocku 2005 w Kruszwicy, Ricochet Gathering 2005 na wyspie La Gomera, KULturaliów w Lublinie 2006, jam-sessions podczas Ricochet Gathering 2006 w Gaiole in Chianti. Na ostatniej płycie Re:Transmission (2005) materiał został mocniej nasycony brzmieniami dark-ambient i IDM co w jakiś sposób jest zrozumiałą konsekwencją pewnych zmian w upodobaniach Polarisa, który poszerzył zainteresowania berlińską szkołą o nowe brzmienia i ambient, zresztą deklaruje że jego ulubioną obecnie kapelą jest [‘ramp]. Jak mówi: „Muzyka jest dla mnie tylko hobby, po części sposobem na życie, odskocznią od codzienności i przeciętności.”. Jeśli chodzi o instrumentarium jest minimalistą wyznającym zasadę "im mniej środków tym więcej własnej inwencji" stąd korzystanie z Rolanda XP-50, Evolution MK449C, PC (lub zamiennie laptopa) z zewnętrznym interfejsem audio/MIDI Firewire Audiophile, programem Ableton Live! Większość brzmień pochodzi z wtyczek i sampli. Jeśli chodzi o wtyczki to stara się je ograniczać , aby muzyka nie stała się jedynie do nich dodatkiem.
Płyta Moo'n'sequences to druga w jego dyskografii pozycja złożona z utworów z lat 2001-2002, dokończonych w 2003 zmasterowanych w 2004 przez innego el muzyka Dariusza Kalińskiego gdyż uznał że ma zbyt kiepski sprzęt i umiejętności żeby móc zrobić to samemu dobrze.
Cała płyta w założeniu ma być podróżą w głąb wyobraźni i ludzkiej wrażliwości. Jej tytuł to pewnego rodzaju dedykacja dla wielce zasłużonej dla rozwoju polskiej sceny el (wydawnictwa, koncerty, integracja środowiska) grupy mailowej moo istniejącej nieprzerwanie od 1999 roku. Sequences to zaś powtarzalność cyklu, charakterystyczny, zapętlony element klasycznego elektronicznego rocka.
Take Off jest wizytówką stylu w jakim album osadzono –berliner schule. Metaliczne, wietrzne dźwięki, wokół których owija się po chwili melodia z syntezatora snująca się leniwie z głośników. Zapowiedź z vocodera i wpadamy w typowo berlińskie sekwencje gdzie mamy wszystkie składniki tego gatunku z ciekawym , pulsacyjnym brzmieniem, w tle którego dochodzą nas dźwięki a to rozmów astronautów, a to jakby wystrzelenia rakiety w kosmos....przy końcu słyszymy wyraźne wznoszenie zakończone orbitowaniem gdzieś w czeluściach wszechświata. To przejście do Searching for the right band - nagrany pod wpływem negatywnych emocji towarzyszących zniesieniu z anteny Programu 3 Polskiego Radia audycji Jerzego Kordowicza Studio TLEN, tym samym zepchnięciu słuchaczy i twórców tej odmiany muzyki poza margines. Słyszę tu bardziej smutek i nostalgię niźli złość i bunt. Muzyka nabiera stonowanego ale zarazem niepokojącego wymiaru gdzie do głosu dochodzą też pewne ambientowe elementy ale mocno osadzone w formie NBS ładnie oprawionej ozdobnikami. Remote Spaces to ukłon w stronę nieistniejącego już zespołu o tej nazwie. Jakub Kmieć wyjaśnia „Utwór "Polaris" Krzysiek i Konrad nagrali zanim się poznaliśmy. Mój utwór to jakby ukłon w ich stronę - było nie było między innymi stąd się wziął mój pseudonim. A poza tym zrobiłem to wyłącznie dla zabawy, swego rodzaju prowokacji”. Najpierw rój kosmicznych pszczół zalewających nasze uszy a potem rytm i berlińsko poprowadzona melodia z ciekawym wykorzystaniem elektronicznej perkusji. Code:Voice rozpoczynają zabawy zniekształconym głosem wsparte nowoczesnym, repetytywnym beatem. Całość jednak nadal osadza się w nurcie NBS tyle że oblanym sosem nowych brzmień. Taki sam jest kolejny kawałek „Countdown” nawiązujący do stylistyki nowych brzmień tyle że w delikatnym ujęciu w podkładzie. Wodne wariacje, bulgotania, przelewania się w naczyniach to Solstice , efekt współpracy z Łukaszem Pawlakiem, motorem przedsięwzięcia City Songs zamieszczony na składaku City Songs IX. Brzmi arcyciekawie i sprawia wrażenie najbardziej eksperymentalnej kompozycji mimo że jest ona tak jak pozostałe równie poukładana i nie bójmy się użyć tego słowa –ładna. Ostatni utwór, A Way Back, znów czysto berliński z brzmieniami znanymi z płyty Exit zespołu TD to bardzo osobista kompozycja, zadedykowana żonie kompozytora, jest delikatny i subtelny.
Nie jestem fanem typu „beton” NBS-u a jednak... obok tej płyty nie można przejść obojętnie. Słychać w niej i pasję i talent co często niestety rozmija się na naszym rodzimym podwórku. Nie ma tu nic wymuszonego, utwory są podane w lekki, przystępny sposób i wabią nas aby wysłuchać je ponownie. (8.3/10)
Do posłuchania: http://s000.wyslijto.pl/i...t=&down=&gk=gsm
1. Takeoff (12:41)
2. Searching for the right band (6.20)
3. Remote spaces (7:05)
4. Code:voice (7:19)
5. Countdown (5:28)
6. Solstice (5:25)
7. A way back (7:19)
spawngamer - 2007-01-05, 12:59
23.THOMAS GRUBERSKI-CINEMASCOPE (1994)
Styl Gruberskiego to rytmiczna melodyjna synthmuzyka w stylu jego ulubieńców czyli Alphaville a szczególnie JMJ. Odbiorcy najbardziej wskazują na podobieństwa stylu do twórcy Oxygene. Jego fascynacja francuskim wykonawcą objawia się choćby tym że w 1997 i 1999 roku został zaproszony przez belgijski fancklub JMJ aby zaaranżował w swoim stylu niektóre kompozycje Jarre’a a potem zagrał dwa koncerty z tymi coverami zaś w 2001 roku wziął udział w oficjalnym konkursie na najlepszy remiks utworu Hey Gagarin Jarre’a gdzie zajął 3 miejsce. Najdobitniej zaś swój podziw okazał wydaniem płyty z transpozycjami jego utworów (Protuberance. A Tribute To Jean Michel Jarre’01).
Mroczne opary syntezatorowej zawiesiny części 00 mogą zmylić co do zawartości krążka gdyż bliżej im do dark ambientowych struktur niźli do ME, a jest ona wprowadzeniem do najdłuższego na płycie Take 01. Ponad minutowe snucie się sampli i syntezatorowych dźwięków wspomaga nagle dudniąca elektroniczna perkusja w stylu przypominającym Revolutions Jarre’a. Oplata ją ciekawa melodia wprowadzająca przestrzeń, niezwykłą obrazowość i swoisty monumentalizm przygaszony przy końcu dryfującymi dźwiękami przechodzącymi basowym pomrukiem w Take 02 które jest dla mnie przykładem czegoś co nazywam noisy el. Jest więc głośno, rytm nadaje dźwięk perkusji i hałaśliwe wykorzystanie syntezatorów, tempo jest umiarkowane nie ma tu gnania przed siebie tyle że zapomnijmy o kosmicznych pejzażach, leniwie snujących się pasażach – to w pełni namacalny industrialny obraz przełożony na język instrumentów. Take 03 oparto na spokojnych, spowolnionych perkusacjach. Stopniowo dodawane są kolejne ozdobniki by w końcu rozkwitnąć ciekawą, dynamiczną melodią. Take 04 –świergot elektronicznych ptaków i delikatne frazy syntezatorowe nadają temu fragmentowi melancholijne tony ale po chwili sekcja rytmiczna z prawie trance’owym podkładem i silnie zaznaczoną, głośną melodią znowu wskazuje nam konwencje tego albumu. Take 05 oparto na powtarzalności muzycznego motywu ciekawie zabarwionego tworzącymi nienachalne tło samplami. W Take 06 rytm staje się żywszy, znowu sekcja rytmiczna wychodzi na czoło a wokół niej wirują dźwięki przypominające mi trochę Hammera z czasów Miami Vice. Ostatni Take07 zabawami z efektami w tle automatu perkusyjnego z tym że ładnie wpleciono brzmienia fortepianu i barwy syntezatora szczególnie kojarzące się z JMJ z czasów Randez Vous czy Revolutions.
Całość zawiera różne nastroje, zamiennie od wyciszonych, prawie smutnych po optymistyczne, pogodne, pełne szybszego tempa. Duży nacisk położono na melodykę i sekcje rytmiczne które nadają ciężkich brzmień poszczególnym kawałkom z tym że są one dozowane i nie dominują całości kompozycji. Album jest rzeczywiście bardzo filmowy zawiera szeroką gamę nastrojów, każdy z tracków ma swoją specyfikę. Od strony technicznej album jest przygotowany bardzo dobrze, dobrze są dobrane melodie wspomagane niewielką ilością efektów. Bo jak mówi sam Gruberski pociąga go to, że dźwięki kreują ustalony nastrój bez pomocy słów. Warto się o tym przekonać.(8.3/10)
Instrumentarium, programy: Roland JD-800 JP-8000 S220 Juno 106 Alpha Juno 1 JX-8P Korg 01W & Trinity Wavestation A/D Yamaha CS1X & RY30 Clavia Nordlead 2 Alesis Quadraverb 2 Steinberg Cubase Mackie SR 24-4
Music composed and arranged by Thomas Gruberski
Mastered by Glenn Miller at Greenwood Studios, Switzerland
Production and publishing by Outline Records
1 take 00 2'02
2 take 01 6'23
3 take 02 5'31
4 take 03 4'24
5 take 04 5'49
6 take 05 3'07
7 take 06 3'13
8 take 07 4'34
Do posłuchania: http://s000.wyslijto.pl/i...own=&gk=leasing
spawngamer - 2007-01-10, 20:17
22.ANDYMIAN –IN THE GARDEN OF RAINY KING (2005)
Czterdziesto paroletni Andymian (Andy-Andrzej Mian-Mierzyński) pochodzi z Olsztyna. W jego domu rodzinnym zawsze były instrumenty, gdyż ojciec grał na gitarze i akordeonie a Andrzeja ciągnęło do nich. Próbował nieudolnie brzdąkać na gitarze co zauważyli rodzice i przeprowadzili z nim rozmowę o tym, czy chcę się uczyć grać. Uznali, że akordeon jest instrumentem „poważniejszym” od gitary. Stąd jako 10 latek ląduje na nauce gry na akordeonie w ognisku muzycznym przy Młodzieżowym Domu Kultury w Olsztynie. Przygoda z tym instrumentem trwała 5 lat ( m.in. udział w zespole akordeonistów, liczne występy) ale że pojawiły się nowe fascynacje muzyczne, którym jest wierny do dzisiaj, czyli rock progresywny i rozbudowane suity koncept albumów w czasach rozkwitu muzyki rockowej, zainteresował się gitarą. W szkole średniej poznał kolegę, który świetnie na niej grał i pokazał mu pierwsze akordy. Coraz szybciej przebierał palcami po gryfie i po pewnym czasie w tym samym Młodzieżowym Domu Kultury wspólnie z bratem Januszem (bębniarzem) i Markiem (basistą) stworzyliśmy grupę Lotos. I tu pojawiły się pierwsze autorskie kompozycje instrumentalne, oparte w dużej mierze na improwizacji. Mieli mnóstwo zapału i pomysłów. Na jednym z wieczorów tanecznych, mając przygotowane dwa utwory, lub raczej ich zarys, grali non stop ponad godzinę tworząc na gorąco. Zespół rozpadł się jednak. Andrzej nadal miał głowę pełną pomysłów, więc podłączał gitarę do magnetofonu i nagrywał na taśmach wszystko co wykreował. Któregoś dnia przeglądał gazetę i znalazł ogłoszenie, z którego dowiedziałem się, że zespół poszukuje gitarzysty. Niewiele się namyślając, zapakował instrument do futerału, wsiadł do taxi pojechał na spotkanie, „polatał” trochę po strunach i został przyjęty. Jako Elka-Prim tworzyli muzykę elektro akustyczną przez kilka lat grając w olsztyńskich klubach, tworząc kilka radiowych nagrań, a nawet współpracując z filharmonikami. W zespole tym poznał Elżbietę, swoją żonę. Później nastąpiła przerwa w czynnym muzykowaniu, spowodowana różnymi życiowymi sprawami. Aż do 1998 roku gdy los sprawił, że nadarzyła się okazja kupna syntezatora. Był to stary Roland o niewielkich możliwościach, którego pozbywał się jego szwagier, Ryszard. I tak wróciła chęć do czynnego grania i tworzenia muzyki. Szybko przypomniał sobie całą wiedzę muzyczną i zaczął znowu grać tworząc pierwsze autorskie kompozycje na syntezator. Marzenie z jego lat szkolnych zaczęło się spełniać. Odkąd sięga bowiem pamięcią, jego uznanie i podziw zawsze wzbudzali klawiszowcy, zarówno rockowi (rock progresywny) jak i "elektroniczni", otoczeni instrumentami, dającymi duże możliwości twórcze i pełną niezależność wprowadzający do muzyki symfoniczne przestrzenie, świetni technicznie, swoimi solówkami przyprawiający o zawrót głowy. Zazdrościł im i marzył o posiadaniu własnego syntezatora, co w dawnych czasach graniczyło z cudem. Ale udało się i pionową klawiaturę akordeonu zamienił na poziomą, z tym że nieco nowocześniejszą.
Nie żałuje, że tworzy muzykę niszową, gdyż od momentu powrotu do czynnego grania wiele się w jego życiu zdarzyło. W dość krótkim czasie poznał wielu wspaniałych ludzi: muzyków, aktorów, plastyków. Na początku kwietnia 2006 poznał grupę aktorów tworzących niezależny teatr plenerowy, "między innymi". Współpraca przyniosła m.in. muzykę do przedstawienia według J.P.Sartre’a i widowisko plenerowe "Strach na wróble"( muzyka z niego rozbudowana do 60 minut ma wkrótce mieć będzie premierę jako płyta „Scarecrow”) a także wspólny performance podczas koncertu "Elektroniczne Pejzaże Muzyczne’06, gdzie przygotowali mu świetną wizualizację (część utworów można będzie usłyszeć na kolejnej przewidywanej na 2007 rok premierze- „The Lords and The Paupers"). Poza tym ten koncert pokazał, że są jeszcze ludzie, którym muzyka elektroniczna dostarcza radości i wzruszeń. To wszystko dodaje mu skrzydeł i powoduje, że każdą wolną chwilę poświęca teraz muzyce a ma przed sobą wiele planów. Żona Elżbieta, od wielu lat dziennikarka, znowu wróciła do śpiewania, co już wykorzystuje w swych nagraniach a zarazem niewykluczone, że rozpocznie również współpracę z artystami grającymi na gongach, tybetańskich misach i temu podobnych instrumentach.
Obecne tworzy na syntezatorach Rolanda i Yamahy. Muzykę realizuje w studio na sekwencerach wielośladowych audio. Stara się w niej zawrzeć odniesienia do muzyki ilustracyjnej oraz rocka progresywnego. Poczytał trochę literatury na temat rejestracji i obróbki dźwięku, skompletował odpowiednie oprogramowanie i okazało się, że w warunkach domowych można w sposób zupełnie profesjonalny nagrać i zmiksować cały materiał muzyczny. Swe dwie płyty wydał własnym sumptem i dzięki życzliwości sponsorów i przyjaciół w profesjonalnym tłoczeniu jako Mian Music z nalepką ZAIKS-u i poligrafią z drukarni.
Prywatnie jest grafikiem komputerowym z wieloletnim doświadczeniem, od lat związanym z olsztyńską prasą, projektuje okładki, (chociażby znakomite do swoich CD) rysownikiem-karykaturzystą (3 albumy).
Na pierwszym albumie słychać ubogie instrumentarium przez co mamy jednostajne barwy ale co ważne czuć w tej muzyce pasję. Drugi album In The Garden Of The Rainy King (analogia z tytułem „Ogród króla świtu” Bilińskiego przypadkowa) przynosi zaś już świetny materiał. Oddajmy głos Andymianowi. „Chciałem, żeby moja druga płyta też była taką księgą zapisaną dźwiękami i opowiedziana muzyką. Szukałem pomysłu. Któregoś wieczora nagrywałem utwór, który jest utworem tytułowym na płycie. Za oknem lało niemiłosiernie. Aura dość częsta na Mazurach. Zastanawiałem się, czy nie wyłączyć całego sprzętu. Zrobiłem sobie słabą kawę i przez dłuższą chwilę patrzyłem w okno. Dookoła kołyszące się drzewa, a potem piękna tęcza. Ten banalny obrazek podsunął mi pomysł: Pojawił się Deszczowy Król. Zapewnił mnie, żebym się niczego nie obawiał i zaprosił mnie do swojego królestwa. Spędziłem u niego jeden dzień. Minąłem deszczową bramę i nieśmiało wszedłem do Ogrodu. Nad trawą lekko unosiła się mgła i poznałem wesołe zaczepne duszki, które towarzyszyły mi przez cały dzień. Nagle ukazała mi się piękna postać, trochę jakby przezroczysta, o długich blond włosach i świecących oczach. Wymieniliśmy spojrzenia, po czym postać zniknęła nad stawem. Usłyszałem muzykę, wszystkie kwiaty zaczęły tańczyć. Szedłem dalej... Król przedstawił mnie swojemu czarnoksiężnikowi. Jego twarz wydała mi się znajoma. Czyżbyśmy się już kiedyś spotkali? - pomyślałem. Wypiliśmy po szklance deszczowej wody. Po spotkaniu z magiem na moment zatrzymałem się na kryształowym moście, z którego rozciągał się piękny widok na cały Ogród. Od Króla dowiedziałem się, że jego kwiaty nigdy nie więdną, a drzewa nigdy nie tracą liści. Wieczorem Król oddał się medytacjom. Nie chcąc mu przeszkadzać, cichutko oddaliłem się, pozostawiając go w rozmyślaniach. Powoli opuszczałem Ogród. Żegnał mnie balet kropel deszczu, które w ten sposób zabawiały swojego Króla. Obejrzałem się za siebie i ujrzałem tęczę. Szkoda, że nie miałem z sobą aparatu, żeby to wszystko sfotografować, ale na szczęście pozostała muzyka. Rano dostałem od Deszczowego Króla maila, w którym pozdrawiał mnie i prosił, abym go jeszcze kiedyś odwiedził. Za oknem znowu padało...”
Świst wiatru na początku wprowadza nas w senne wibracje tego krążka. Mamy się wygodnie rozsiąść i delektować relaksacyjnymi dźwiękami. Powolne uderzenia w plemienny bęben otacza po chwili zapętlona melodia snująca się niczym miraż ze snu. Część osób podkreśla związki tej muzyki z JMJ czego ja osobiście nie dostrzegam poza jednym fragmentem w tej części z przetworzonym głosem gdzie trochę mocniej wchodzi syntezator w stylu Randez Vous (np. 2.44-3.08). Andrzej ma swój indywidualny, niepowtarzalny styl gdzie choćby tu melodia przybiera kształt podobny do arabskich pieśni wirujących wokół słuchacza w egzotycznych rytmach. Jak sam przyznaje bardzo ważną rzeczą jest dla niego linia melodyczna, dramaturgia, budowanie nastroju. A tego nie brakuje –wytwarza przedziwny klimat trochę kojarzący mi się z minimalizmem Hertla z tym że przybrany bogatymi ornamentacjami ozdobników. Błąd w indeksacji sprawił że mimo że kawałki są opisane jako osobne to jednak wyświetla nam się utwór 1 i 2 jako jedna całość. Świetnie zaaranżowana część druga z ciekawą wstawką brzmienia perkusji, pięknymi samplami fascynująco imituje odgłosy kosmosu pozostając nadal w aurze spokoju w duchu wschodniej mentalności ceniącej dźwięk jako element wyciszający emocje. Ta muzyka zniewala zmysły, spowalnia bicie serca niczym opiumowy narkotyk...Zresztą wyraźny minimalizm końcowych akordów okraszony feerią dźwięków wietrznych dzwonków tym bardziej mnie skłania do takich wniosków. Kolejny nastrojowy temat to Lady Of Green Pond gdzie znów snuje się ładna melodia odpowiednio wzbogacona zestawem oryginalnych ozdób – wszystko pozostaje w leniwym, relaksacyjnym nastroju. Z tej ścieżki nadal nie schodzimy w Dancing Yellow Water Lillies wprowadzającemu za to bardzo radosną atmosferę właśnie kojarzącą się z tańcem a właściwie jakimś balem, gdzie podrygują wszelkie stworzenia, które w ogrodzie deszczowego króla mogłyby przebywać. W połowie utworu następuje jakby wyciszenie i dworskie pląsy nabierają swoistej stateczności i powagi, gdzie uwagę przykuwa ładnie zarysowana linia melodyczna. Znowu oszczędne wykorzystanie sekcji rytmicznej, dojrzałość formy wyrazu, ciekawy, dopracowany bit . Dźwięki są nadal konkretne, soczyste bez jakiś rozmazów kosmicznych brzmień, ale mimo to ta muzyka buduje nadal magiczną atmosferę co najdobitniej choćby daje się odczuć w Tempting The Wizard chyba najbardziej bogato nasyconym elektronicznymi brzmieniami. Loopami zaczyna się żywszy Horses on The Crystal Bridge naśladujących tym podkładem galop tytułowych koni, gdzie Andymian wykorzystał nawet brzmienie przypominające uderzenia kopyt o bruk. Ale zmęczenie dopada nasze ogiery i przystają by w subtelnych dźwiękach odpocząć. Znowu błędy w indeksacji łączą dwa kolejne utwory. Kawałek tytułowy powstał jako pierwszy. Andymian wspomina żę początek dał mu bit który potem odtwarzał w kółko szukając tematu muzycznego. Znów delikatny klimat wysnuty z precyzyjnie dobranych brzmień. Spokojne melodyjne dźwięki okraszono zmianami oryginalnych barw wplatanych co chwila aby nie znużyć słuchacza z ciekawą oszczędną ale wyrazistą solówką. Bo w ogrodzie króla deszczu jest wszak mimo słyszanego szumu opadów radośnie, miło, przyjacielsko... deszcz leje my słyszymy znowu plemienny bęben i ciche odlegle dźwięki, układające się w melodie by wpaść wreszcie w Meditations in The Moonlight a te znowu bardzo przypominają mi dźwiękiem kojarzącym się z basową gitarą z progresywnym rockiem z tym ze ładnie przyozdobionym pięknymi samplami. Burning Rainbow zaskakuje gdyż tempo różni się od pozostałych kompozycji, rytm jest żywszy ale nadal pozostajemy w pogodnym klimacie i znowu niecodzienne nagromadzenie brzmień. Myślę że wielką zaletą tej muzyki jest to że słychać iż instrumentarium jest w pełni spenetrowane jeśli chodzi o jego możliwości –Andymian po prostu wyciska z niego co się uda tworząc wrażenie, że ma ich olbrzymie zaplecze. Jak przystało na płytę koncepcyjną kończy się tak jak się rozpoczyna –buszującym w kanałach świstem wiatru, spinającym klamrą całą czarowną opowieść. Andymian mówi: „Do nagrywania autorskiej płyty trzeba podchodzić jak do pisania książki czy malowania obrazu. Musi to być rzecz przemyślana i skończona. Nie może to być zlepek przypadkowych utworów”.
Ta muzyka wciąga. Naprawdę magiczny klimat unoszący się nad nią powoduje że poruszyła mnie na tyle aby wylądować w tym zestawieniu. Zresztą warto przekonać się samemu zaopatrując się w ten tytuł.. (8.31/10)
Memory of Kings -Elfs and The Fog Ghost (17:08)
Lady of The Green Pond (6:09)
Dancing Yellow Water Lillies (7:58)
Tempting The Wizard (5:49)
Horses on The Crystal Bridge (8:40)
In The Garden of The Rainy King - Meditations in The Moonlight (16:17)
Burning Rainbow - Triffing with The Wind (8:49)
Do posłuchania: http://s003.wyslijto.pl/i...own=&gk=leasing
spawngamer - 2007-01-13, 19:02
21.WŁADYSŁAW KOMENDAREK-TAJEMNICE HORYZONTU (1992)
Władysław Komendarek należy do pokolenia „ojców założycieli” w polskiej el muzyce, będąc na scenie nieprzerwanie od 30 lat! Już w dzieciństwie miał kontakt z muzyką, był uczniem szkoły muzycznej. Kariera Komendarka rozpoczęła się od udziału w zespołach szkolnych Pelikany i Kormorany a następnie Borysy. Do 1966 roku grał na gitarze rytmicznej w zespołach amatorskich Wówczas tez powstały jego pierwsze kompozycje. Przygoda artysty z muzyką elektroniczną zaczęła się od zakupu instrumentu Yamaha, który pozwalał na uzyskanie brzmień podobnych do kultowych w owych czasach organów Hammonda. W połowie lat 70 Władysław Komendarek był członkiem Grupy Dominika utworzonej przez Dominika Kutę, wcześniej współpracującego z Czerwonymi Gitarami. Wreszcie jego najbardziej znany epizod - w latach 1975-1983 członek legendarnej grupy rocka progresywnego Exodus gdzie udziela się na klawiszach i w chórkach. W roku 1979 Komendarek zagrał wraz z wokalistą Exodusu Pawłem Birulą na płycie Rezerwat Miłości Skaldów. W 1983 rozpoczyna karierę solową przyjmując pseudonim „Gudonis” na cześć dziadka pochodząorganisty na ziemiach odzyskanych. (Komendarek jest również dalekim potomkiem w linii prostej Michała Kleofasa Ogińskiego (1765-1833) polskiego kompozytora i działacza emigracyjnego, który komponował polonezy fortepianowe, romanse, pieśni i opery). Lata 80 to rozwijanie warsztatu muzycznego, swoistego charakterystycznego stylu. W 1988 roku pod przewodnictwem, jakżeby kogo innego jak nie popularyzatora gatunku, Artura Lasonia w siedzibie klubu OKO w Warszawie daje pierwsze popisy koncertowe. Później występuje tam cyklicznie na "Elektronika w OKO" gdzie wraz Komendarkiem na scenie pojawiali się m.in. Tomasz Kubiak, Konrad Kucz . Pojawia się też w 1989 roku na pierwszym Zlocie Elektronicznych Fanatyków (ZEF), gdzie urządza w ostatni dzień wspólne jam session wraz z Arturem Lasoniem. Od tej pory licznie koncertuje w Polsce i zagranicą a każdy występ to doskonale oprawione światłem i obrazem widowisko. W 1992 roku zdobył szczyt TOP TLEN w audycji red. Kordowicza w programie III PR kompozycją "35 śmietnik atomowy"( Władek na potrzeby recenzji przysłał ten utwór w specjalnej wersji: http://s000.wyslijto.pl/i...=&down=&gk=gsm) , zresztą pojawiał się tam wielokrotnie. Mnogość stylów w jakich porusza się jako muzyk (od metalu przez hardcore po jazz) odzwierciedla zestawienie jego pojawień się na koncertach : rockowo-punkowy Jarocin, elektroniczny KLEM jak i jazzowe Jazz Jamboree. Szczerze im starszy (rocznik 1948) tym więcej do swej muzyki przemyca a właściwie garściami dorzuca nowoczesnych brzmień typu trance, techno, drum’n’bass, hip hop itd. Ma na swym koncie ilustracje muzyczne do filmów (m.in. serial TV Przyjaciele, Latawiec, Ręczna Robota) i przedstawień teatralnych (m.in. teatr TV Filip I Berenika, Szalona Lokomotywa), pisze piosenki. Wśród dokonań Komendarka jest 17 albumów autorskich wydanych na płytach analogowych, kasetach i płytach kompaktowych.
. Artysta prawie w ogóle nie używa fabrycznych dźwięków instrumentów tworząc własne oryginalne barwy. Różnorodne instrumentarium pozwala mu na tworzenie muzyki eksperymentalnej opartej na nowych koncepcjach dzięki czemu wciąż zaskakuje nowoczesnymi pomysłami artystycznymi. Nie trzyma się sztywno reguł muzyki, stąd bardzo trudno "zaszufladkować" jego twórczość. Tematów dostarczają mu często własne przeżycia, wrażenia, obcowanie z przyrodą. Zapał i doświadczenie sceniczne powodują że na koncertach zawsze prezentuje się jak rasowy, obyty z publiką muzyk Każdy koncert Władysława Komendarka to niepowtarzalny spektakl, misterium o dużym ładunku ekspresji i dynamiki. Udział w uzyskaniu takiego klimatu ma łączenie oryginalnej muzyki elektronicznej ze śpiewem artysty w tworzonym przez niego języku. Wrażenie słuchaczy jest na tyle niesamowite, że koncert można porównać do czegoś w rodzaju obrzędu plemiennego z udziałem szamana. Na dzień dzisiejszy nadal tworzy muzykę w domowym studio w sochaczewskich lasach (mocno związany jest z rodzinnym miastem, Sochaczewem) do płyt, przedstawień teatralnych. W najbliższym czasie Komendarek szykuje premierę dwóch płyt live (Bazarowa Cywilizacja i Myślowy Bałagan) i jak deklaruje poświęci się wydawaniu tylko płyt koncertowych.
To że tytuł ten gromadzący różne nagrania radiowe lat 1983 -1989 ujrzał światlo dzienne to zasługa...wytwórni plytowej! to nie zamysł Komendarka a Poltonu ktory mu telefonicznie zaproponował taki zbiór. Tytuł płyty wybrał bo skojarzył to akurat z rankiem nad Wisłą. Dzięki temu różne, rozproszone kompozycje, swoisty przegląd brzmień Komendarka z lat 80-tych znalazły się razem. Mamy tu więc np. tytuły z singli winylowych -Leśna Przechadzka i z Snu Shoguna - Opętanie. Szkoda, ale nie pojawiło się najstarsze nagranie z początku lat 80 tych dla Polskiego Radia czyli Wędrówka Dusz, które jak przyznaje autor, sam nie ma w swoim domowym archiwum. Płytę otwiera „Polowanie w puszczy białej”, chronologicznie najstarsze na krążku. Nagrane tuż po odejściu z Exodusu gdy Komendarek zaszył się w rzeczonej puszczy na dwa tygodnie w okolicach Pułtuska. Utwór prezentuje możliwości sampli – bardzo charakterystyczne brzmienie Komendarka z lat 80- tych, utwór prowadzony przez automat perkusyjny dający charakterystyczny „suchy” pogłos na tle którego WK snuje ładną melodię powtarzając przez całość kompozycji ciekawe motywy z syntezatora jako ozdobniki. Efekty brzmią być może archaicznie jak na dzisiejsze możliwości sprzętów ale uważam że nie zestarzały się absolutnie i choć pokryte patyną mogą swobodnie konkurować z najnowszymi produkcjami. Ranek nad Wisłą komponowany był przy wschodzie słońca nad Wisłą w Czerwińsku gdzie przez krótki okres Komendarek miał swój sprzęt. To liryczno- romantyczna melodia. Delikatna i spokojna z poświatą nostalgii z ciekawym zabiegiem jakby grał na cytrze zamiennej z brzmieniami syntezatora ( do posłuchania: http://s004.wyslijto.pl/i...wn=&gk=pozyczka ) . Droga do Sahary to znowu charakterystyczny bit automatu perkusyjnego nadającego ton kompozycji, która nabiera przez to mechanicznego, bliskiego ścieżkom jakim podążał Kraftwerk, brzmienia całości. Bitwa robotów to muzyka ilustracyjna gdzie obok gitary basowej, perkusji, momentami karaibskich rytmów mamy ciekawe solówki keyboardowe. Modlitwa Inków jako kontrast to spokojniejszy utwór bazujący na stworzeniu klimatu z głośniejszym jakby refrenem z długą zawodzącą solówką w progresywnym stylu. Modny wówczas new wave’owy rytm w stylu Soft Cell tyle że w bardziej czarownej formie to „Krople rosy”. Bardziej taneczne, szybsze ale nadal w konwencji new wave jest „Opętanie”. Komendarek jak słychać tworzy instrumentalne piosenki z refrenami bez słów gdzie każdy utwór jest osobną muzyczną opowieścią.. Delikatny, piękny wstęp do „Podwodnego spaceru” roztacza dźwiękowy kobierzec wizji morskiej głębiny wypełnionej różnobarwnym tłumem przedziwnych stworzeń, gdzie ciszę i ogrom bezmiaru Komendarek świetnie uchwycił. Z dużym sentymentem odnoszę się do „Leśnej przechadzki” którą mam do dziś na debiutanckim, winylowym singlu. Opisywać nie będę radzę posłuchać w pliku mp3.( http://s001.wyslijto.pl/i...down=&gk=kredyt ) Kolejny „przebój” z dorobku Komendarka czyli Sen Shoguna po trochu naśladuje japońskie brzmienia narodowych instrumentów i azjatyckie skalowanie z tym że w konfrontacji z perkusyjnym automatem nabiera to nowoczesnego wymiaru. Pogoń za laserem przypomina nostalgicznie czasy Sondy gdy muzyka el pojawiała się w TV jako tło do różnych programów. Przełamanie struktury krótkich utworów następuje w suicie „Budowa nowego świata” przypominającej mi gregoriańskie ascetyczne chorały zmieszane z el brzmieniami z lat siedemdziesiątych i prog rockiem bardzo niepodobna do pozostałych rzeczy na tym krążku taki jakby Tomita w melanżu z Vangelisem. Bardzo interesująca i niezwykle intrygująca partia muzyki znowu dająca dobitne świadectwo o swobodzie poruszania się Komendarka w różnych działach el muzyki. Zaskakujące jest jej zakończenie wskazujące że elementy ludowe do el muzyki wplatano już przed Konradem Kuczem. „Obiegowa gra” przywraca nas do konwencji wcześniejszych utworów opartych na automacie i melodii.
Mamy tu świetny przekrój umiejętności Władysława odnajdywania się w przeróżnych klimatach – w każdej z tych konwencji tworzy bardzo ciekawe obrazy uwidaczniając swoją wszechstronność i talent. Płytę słucha się niczym zbiór best of. Tak dziwnie się składa że nie posiadam płyt LP ani CD z tytułami z lat osiemdziesiątych tego wykonawcy stąd ten właśnie album reprezentuje te tzw. „stare dobre czasy” gdy nasza rodzima elektronika zdobywała rzesze fanów. Słuchając tej muzyki po latach zaskakuje to że nie ma tu ramot i infantylności a wprost przeciwnie brzmią nadal świeżo i ciekawie.(8.39/10)
Władek ucieszył się bardzo na myśl że jego stare nagrania zostaną przypomniane i stąd gratka dla fanów i dla tych którzy Komendarka w akcji nie widzieli czyli zdjęcia z pełnych ekspresji koncertów i ciekawych zabiegów urozmaicających jego występy: http://s003.wyslijto.pl/i...wn=&gk=rachunek
1.Polowanie w Puszczy Białej (6.13)
2. Ranek nad Wisłą (3.39)
3. Droga do Sahary (5.33)
4.Bitwa robotów (3.38)
5. Modlitwa Inków (6.22)
6. Krople rosy (4.04)
7. Opętanie (4.21)
8. Podwodny spacer (4.58)
9. Leśna przechadzka (4.55)
10. Sen shoguna (4.05)
11. Pogoń za laserem (4.06)
12. Budowa nowego świata (13.25)
13. Obiegowa gra (3.43)
Strona
1 z
4 •
1,
2,
3,
4
Pokrewne tematy
cou-de-pied - rodzaje, wykonanie
Ulubiony wykonawca z nowego pokolenia
El-muzyczni "wykonawcy jednego przeboju"
Pytanie o wykonawcę pewnego utworu
Kto jest wykonawca tego utworu?
Ulubieni polscy tancerze i choreografowie
Polscy tancerze
polscy wykonawcy -mój Top 30 suplement
Klaus Schulze i Schiller
sprzedam/oddam pointy
podstrona 870
mania depresja
foum bogatynia
taekwondo vs
zima trzyma
vurnon anita
trebles ti9B3umaczenie
duke manhatan project
2222asus vx32222 lspci
Zestaw tematów z for dyskusyjnych : Index