Vangelis - mój Top 10


Widzisz wersję archiwalną wątku "Vangelis - mój Top 10" z forum forum.studio-nagran.pl/



Strona 1 z 21, 2


spawngamer - 2006-05-01, 22:37

10. DIRECT (1988)
Po owocnej współpracy z Polydor’em która umocnila jego karierę Vangelis przeszedł do postrzeganej jako twierdzę prog rocka Aristy. Wraz z tym posunięciem nadszedł według niego czas na unowocześnienie instrumentarium. V chciał stworzyć płytę koncepcyjną ukazującą możliwości nowoczesnej techniki. Co najbardziej V. Pociągało w nowych technologiach to skrócenie dystansu między inspiracją a realizacją kompozycji muzycznej. Specjalnie budowano dla niego sprzęt pod nadzorem technika Bill’a Marshall’a ale tak naprawdę sekwenser Direct nie został ukończony w czasie powstawania płyty i nie wykorzystano go na żadnym tracku. Kilka utworów stworzono z wykorzystaniem sprzętu będącego jego prototypem nazwanego Zyklus MIDI Performance System.
Tytuł płyty odnosi się zarówno do sprzętu jak i kierunku nowych poszukiwań twórczych Vangelisa -oprócz przyswojenia sobie zaawansowanych technologii miała być wyznacznikiem kierunku w którym V zamierzał odejść w przyszłości czyli miksu muzyki popularnej i klasycznej .Oba są reprezentowane na tym albumie z tym że balans zdecydowanie przesuwa się tu ku popowi ( wyraźna melodyjność kompozycji obdarzonych jakby refrenami z dużą ilością perkusji i sampli gitary elektrycznej ).
Kontrakt z Aristą miał zaowocować serią albumów, które jednak nigdy nie zmaterializowały. Różne style , ładne melodie i rytmy powodują że można śmiało stwierdzić że to jeden z najbardziej różnorodnych brzmieniowo albumów Vangelisa. Bardziej rytmiczny niż wcześniejsze płyty z dużą uwagą przyłożoną do detali , ozdobników. Z połączenia symfonicznego brzmienia elektroniki Vangelisa z początku lat osiemdziesiątych z bieżącym bardziej intensywnym orkiestrowym brzmieniem wyszedł unikalny kolaż elektroniki i rockowych rytmów wchłaniających też elementy folk, funky i jazzu.
The Motion of Stars" –szarpane, nerwowe brzmienie z kojącym wydźwięk niepokoju podkładem wygenerowanych instrumentów strunowych przechodzących struktury w pozbawione zwartej linii melodycznej. Słychać tu wyraźnie że to kompozycja wygenerowana na krystalicznie sztucznym, programowanym brzmieniu cyfrowych syntezatorów.
The Will of the Wind" jako rytm ciężkie uderzenia automatu perkusyjnego na tle sampli ostrej elektrycznej gitary i dźwięków cyfrówek –takiego Vangelisa jeszcze nie znaliśmy! Brzmi jak rockowy materiał ! Flet użyty jako kontrast powolnego funkowego uderzenia-tak potem charakterystycznego dla np. Enigmy.
'Metallic Rain' utwór intensywny i głęboko melancholijny Pokochają go fani Blade Runnera. Rozpoczyna go syntezatorowe solo brzmiące jak kontynuacja Bladerunner Blues. Od 3.32 delikatna melodia przechodzi w brzmienia rockowe przez dodanie perkusji, przypominającego gitarę dźwięku z syntezatora i basu ale klimat utworu nie zmienia się. Przepiękna kompozycja.
'Elsewhere' jeśli nie jest reminiscencją to przynajmniej przypomina Opera Sauvage. Zarazem można to odebrać jako zapowiedź bardziej epickich dokonań lat 90 tych typu Voices czy Oceanic. Bardzo subtelne, zwiewne otwarcie oparte na powtarzalności frazy muzycznej najpierw na syntezatorze potem flecie które jest preludium do osobnej melodii.
Dial Out rodzaj kawałka rockowego opartego na perkusji i rytmie – podniosła prawie patetyczna melodia daleka jest jednak od kiczu. Zwróciłbym uwagę na świetne przejście od prawie bombastycznego podkładu plus fortepian do ekstatycznej, ostrej solówki na gitarze.
'Glorianna' brzmiąca jak operowy lament łączy brzmienie syntezatorów i perkusji w stylu orkiestrowym z operową wokalizą. To tu można użyć nowego określenia dla muzyki V. - elektronika operowa , w której V zanurzył się w El Greco a zwłaszcza Mythodei.
Na "Rotation's Logic" Komfortowe dla uszu dźwięki nie odbiegają daleko od wcześniejszych utworów. To coś jakby pop-elektronika brzmiąca jak podkład pod melodię new age.
podniosły utwór z harfą na pierwszym planie "The Oracle of Apollo,"to powrót do czasów See You Later. Kombinacja harfy, sampli tejże z basem i instrumentami strunowymi generowanymi z syntezatora. Świetnie zaaranżowana melodia przynosi poczucie uroczej tajemnicy i ujmującej cudowności
'Message 'kawałek symfoniczny stworzony ze struktur charakterystycznych dla popu , z jakby gaworzącym dzieckiem pojawiającymi się na początku i końcu utworu. Owe niewinnie brzmiące głosy kontrastujące z muzyką opartą na wyraźnym basowym bicie i poruszającym podkładem smyczkowym dodają jej niesamowitej wyrazistości znowu ocierającej się o podniosły patos. To kolejny krok ku budowaniu melodyjno symfonicznego stylu który w pełni miał się ujawnić na 1492.
'Ave' przedstawienie światowej aglomeracji –czysto industrialne brzmienie z dużą domieszką funky i elementami jazzu spięte w ładną, wpadającą w ucho melodię z kończącą utwór klawesynową wstawką. Na tym utworze kończyła się wersja winylowa ale cd były już wtedy coraz modniejsze i V dodał jeszcze dwa kawałki .
'First Approach' typowy kawałek mieszania stylów Spokojny , prawie kontemplacyjny utwór zawierający solówki na syntezatorową wiolonczelę i flet. Pokład zbudowano z unikalnego brzmienia syntezatora imitującego smyczki i wokaliz. Wiolonczela i flet użyte są do wprowadzenia melodii a muzyka przechodzi w crescendo. W finale oba instrumenty powtarzają melodię jednocześnie. To chyba mój faworyt na tej płycie.
'Intergalactic Radio Station zrobiono na modłę "See You Later" (tekst recytowany przez technika Casey’a Young’a autoparodiuje monolog z Blade Runner’a umierającego Roy’a Batty i tekst czytany przez Keith’a Spencer-Allen wykorzystany w tytułowym utworze "Albedo 0.39"). Ciekawy melanż podkładu o zabarwieniu prog rockowym z mówionym tekstem. Pozostałe wokale brzmią niczym zniekształcone głosy z telefonu. Co więcej pojawią się tu instrumenty dęte przypominające wodewilową sekcję trąbek. Ten utwór to taki żarcik.
Uznawano wprowadzenie przez V instrumentarium cyfrowego za pogrzebanie indywidualności jego charakterystycznego stylu. Nic bardziej mylnego. Uważam, że właśnie w zetknięciu z cyfrowymi narzędziami V. Pokazał swoją maestrię gdyż nie ma tu mowy o dominacji tychże nad wyobraźnią Vangelisa a jedynie o pewnej modyfikacji. Płyta ta w znakomity sposób przedstawia jak twórca obdarzony niesamowitym talentem potrafi w ekspansywny i wieloraki sposób wykorzystać technikę, która innemu wykonawcy odebrałaby charakter jego myśli twórczej. V. Nie wpadł w pułapkę zauroczenia możliwościami digitalowych zabawek co słychać na płytach co niektórych z tamtych lat eksploatujących te same pomysły aż do znużenia. Paletą barw i brzmień jakie znalazły się na tym krążku można by obdarzyć kilka jeszcze płyt i każdy z tematów na niej jest inny, inaczej zaaranżowany zawsze z inną ornamentacją. Właśnie owa bardzo szeroka paleta brzmień i tekstur jest niesamowitą siłą tego wydawnictwa. (10/10)

Vangelis- Arranger, Composer, Multi Instruments, Main Performer, Producer
Nicos Despotidis-Engineer
Markella Hatziano wokal
Casey Young głos
nagrano w Sound Studios, Athens

1. The Motion of Stars — 4:17
2. The Will of the Wind — 4:41
3. Metallic Rain — 6:10
4. Elsewhere — 5:39
5. Dial Out — 5:20
6. Glorianna (Hymn a la Femme) — 4:20
7. Rotation's Logic — 3:27
8. The Oracle of Apollo — 3:55
9. Message — 7:07
10. Ave — 5:02
11. First Approach — 4:58
12. Intergalactic Radio Station — 7:44

BOOKOVSKY - 2006-05-12, 23:39

Piekło i Niebo. Najlepsza płyta muzki elektronicznej - jak dla mnie. Przykro mi, jeśli kogoś uraziłem.
riho - 2006-05-12, 23:52

Nie uraziłeś
Mi osobiście trudno jest powiedzieć która jest dla mnie najlepsza.
W każdym razie Heaven And Hell jest na pewno jedną z najlepszych, tak jak zresztą parę innych płyt Vangelisa...
zygaja - 2006-05-13, 09:53

niestety podczas sluchania tej płyty do recenzji okazało się że tak naprawdę powinna być wyżej a że chcę być uczciwy wobec siebie przeredaguję top 10 w odpowiednim momencie -dlatego Booky i Riho wasze posty ulegną kasacji -przepraszam was-chyba że już bedzie engine by przemo

Hi hi lubię takie teksty... na poważnie... co do kasacji postów... zmiany upodobań muzycznych itp... są super ... spawngamer duża piątka za pomysł rozruszania forumowiczów

Belmondo - 2006-05-13, 11:31

dlatego Booky i Riho wasze posty ulegną kasacji -przepraszam was-chyba że już bedzie engine by przemo

Ale po co kasowac ? Wystarczy wydzielic watek pt. komentarze do top 10 vangelis i juz. Pogielo Was z tym kasowaniem.

Pozdr
spawngamer - 2006-05-20, 22:05

9.OPERA SAUVAGE(1979)
Opera Sauvage to dokumentalna seria odkrywająca relacje między muzyką, człowiekiem i zwierzętami z całej kuli ziemskiej. Była to jedna z głównych realizacji dokumentalisty Frédérica Rossifa na w latach 1975 –1979 z której materiału wystarczyło na 21 ponad 50 minutowych epizodów, nadawanych pierwotnie we francuskiej Antenne 2. Serial ten odkrywający egzotykę i specyfikę różnych regionów świata rozgrywał się m.in. w Peru, Kamerunie, Irlandii, Singapurze. Vangelis poznał Rossifa w Paryżu w 1970 i już rok później ich spotkanie zaowocowało wspólnym dziełem "L'Apocalypse des animaux". Od tej pory zaczęła się ich długa i owocna współpraca wizjonera kamery i wizjonera syntezatorów. V obdarzył swoją muzyką wiele jego filmów i nie robił tego dla pieniędzy tylko bardziej z przyjaźni. Oficjalnie ukazały się z wspólnych kolaboracji do filmów przyrodniczych tylko trzy albumy – jedynie jako bootlegi dostępne są zaś "Sauvage et Beau" (1984) i swoiste kompilacje muzyki V na "Splendeur Sauvage" (1986), "Les animaux de Frederic Rossif" (1989) i "Beaute Sauvage" (1989).
Ale to nie wszystko! . Razem zrealizowali też produkcje o malarzach Georges Mathieu (1971), Georges Braque (1974), Pablo Picasso (1981) i Morandi (1989), obraz o fotograf Gisele Freund "Au pays des visages" (1972), a także wyprodukowany specjalnie na 100 lecie instytutu Pasteura w Paryżu obraz Pasteur(1987) Zwieńczeniem ich wspólpracy była czteroczęściowa , "De Nuremberg á Nuremberg"(1989), historia nazizmu i jego upadku , której Rossif obłożnie chory zdołał wyreżyserować 2 części. Wszystkie te filmy zostały obdarzone dźwiękami z wyobraźni V zresztą Rossif tworzył z dostarczanych mu materiałów swoiste archiwum – i jeśli dla jakiegoś bieżącego projektu potrzebował jakieś dźwięki sięgał do szuflad i wyciągał jakieś stare kawałki V. Przyjażń obu twórców przetrwała do 1990 roku gdy Rossif zmarł na raka.
Płyta powstała oczywiście w londyńskim Nemos Studio, gdzie V nagrywał w okresie angielskim aż do 1987 roku. Na albumie znalazła się jedynie część muzyki przygotowanej do tego serialu. W każdym odcinku pojawiały się nowe dźwięki spod ręki mistrza wymieszane z muzyką etniczną wykorzystywaną także jako podkład muzyczny. V na oficjalny album wybrał tylko te, które uznał za wartościowe. I tak dla przykładu z odcinka poświęconego rodzinnej Grecji nie pojawił się ani jeden fragment.
Niektóre elementy i brzmienia stworzone na tej płycie są preludium do tego co miało pojawić się na krążkach Antarctica czy Chariots Of Fire czyli romantyczne melodie z bogatymi, prawie pompatycznymi orkiestracjami.
Otwierający album Hymne stał się dość popularnym motywem wykorzystywanym podczas...uroczystości ślubnych a to znowu za sprawą użycia go jako podkładu muzycznego pod reklamówkę popularnych w USA win marki Gallio. Utwór oparto na podniosłej melodii pełnej muzycznej elegancji –poruszającej i pełnej mocy ma w sobie siłę właśnie dostojnego hymnu.
Po tych dumnych prawie patetycznych dźwiękach słuchamy Reve - bardzo wyciszoną opartą na delikatnej grze na syntezatorze melodię – mocno skoligaconą z brzmieniami Apokalipsy Zwierząt. Senno - marzycielskie przepiękne minimalistyczne pasaże kreują wizję relaksu ale z wyczuwalną nutką refleksji, zadumy , prawie smutku. Mam wrażenie że ta kompozycja unosi mnie gdzieś w pogodne słoneczne niebo, ma w sobie tyle miłego ciepła, że prawie namacalnie czuję jakby żar słonecznego poranka bijący z tej muzyki.
"L'enfant" -prosta melodia, powtarzany motyw wokół którego osnuto ciekawą aranżację – jak w Bolero Ravela mamy wrażenie że dochodzą coraz to nowe instrumenty, delikatny , zwiewny kawałek jest kwintesencją stylu Vangelisa –cała płyta jest właśnie tak zbudowana - na czarujących , prostych tematach, rozwiniętych w ciekawe, ładne kompozycje. Zdawałoby się że to banalne, proste melodie lecz tak brzmiące że ciarki chodzą po plecach. Z tym utworem jest związana zresztą pewna anegdota –nie oparto się jego urokowi i wykorzystano go w filmie Rok Niebezpiecznego Życia(1982) ale rok wcześniej pewien reżyser nalegał urzeczony jego czystym pięknem aby umieścić go w wyrażającej symbolicznie idee sportu scenie biegu na plaży – V wyperswadował to temu reżyserowi mówiąc, że może stworzyć bez problemu podobną kompozycję ale nową – i przez to możemy podziwiać kunszt V na evergreenie Titles z Rydwanów Ognia....
Mouettes –kolejna stonowana kompozycja – piskliwy dźwięk z syntezatora owinięty samplami kojarzy mi się z zachodem słońca, przemijaniem, ukojeniem które przynosi mrok nocy ale i z nostalgią za słońcem. Piękna rozmarzona kompozycja.
Chromatique- przepiękny podkład na gitarze akustycznej przypominający dawne dzieła V
Irlandie- oparty na irlandzkich brzmieniach w stylu Clannad pieśń oczywiście zrealizowana w charakterystycznym brzmieniu V
Flamant rouses –prawie 12 minutowa suita składająca się jakby z 3 części –wolnej, galopującej i końcowej w prawie bluesowym stylu.V. Daje tu popis swych umiejętności improwizacyjnych - atoniczne dźwięki unurzane w niesamowitym brzmieniu syntezatorów dają świetny rezultat – brak tu piękna melodii poprzednich kompozycji, zbliża się w tym utworze do czegoś bardziej wyszukanego niż reszta albumu z asertywnymi liniami na syntezatory i jest w tej muzyce coś bardzo pociągającego –oblicze zmienia się w pięknym końcowym fragmencie ostatnich dwóch minut –powolny spokojny rytm i kolejny piękny rozmaz syntezatorowych solówek.

Opera Sauvage pełną pięknych, nastrojowych melodii z cudownym brzmieniem orkiestracji można uznać za sztandarowy przykład jak V z prostego materiału tworzył arcydzieła. Znowu elektryczne pianino Fender Rhodes i charakterystyczne dla V brzmienia z Yamahy CS-80 dały niesamowity rezultat.
Ten tytuł nie ciśnie się na usta na hasło Vangelis - a niesłusznie bo to znakomity przykład miłej dla ucha melodyjnej elektroniki spod znaku tego wykonawcy.(10.16/10)

1. "Hymne" (2:40)
2. "Reve" (12:26)
3. "L'enfant" (4:57)
4. "Mouettes" (2:28
5. "Chromatique" (3:25)
6. "Irlande" (4:43)
7. "Flamants Roses" (11:50)

Vangelis grał na kilku rodzajach syntezatorów , fortepianie , fortepianie elektrycznym (szczególnie eksponowany w tracku 2), bebnach, perkusji, ksylofonie, gitarze akustycznej (track 5)
Jon Anderson słyszymy na harfie w "Flamants Roses".
inzynierowie dźwięku Keith Spencer-Allen
Marlis Duncklau
Andy Hendriksen
Nagrano w Nemo Studios, Londyn 1978, 1979.
spawngamer - 2006-05-27, 09:45

8.CHINA(1979)
V interesował się starożytną filozofią i kulturą Chin co zmaterializowało się muzycznie na pierwszym wydanym dla Polydoru albumie . Ukazał się on po eksperymentalnym Beauborgu który ponoć miał za zadanie zerwanie kontraktu z RCA (dla mnie to tylko pogłoska) . Polydor poważnie podszedł do swej nowej gwiazdy i tego wydawnictwa zamieszczając w pierwszej edycji na LP wkładkę zawierającą długi esej i wiele unikalnych zdjęć. Z eseju dowiadujemy się, że V uznawał starożytną chińską muzykę za zbieżną ze swymi dokonaniami gdyż nie miała tylko zabawiać intelekt ale i oddziaływać na całe ciało. Kolejny przyczynek do zainteresowania się tematem to że V w latach siedemdziesiątych mocno interesował się wszelkimi instrumentami perkusyjnymi a te wśród starożytnych instrumentów chińskich wiodą prym. V przyznawał że nie był w Chinach ale uczył się tego kraju poprzez brzmienie ich instrumentarium jak i czytanie książek z których cytaty pojawiają się w wkładce jak i recytowane są na albumie.
Vangelis stara się pochwycić wielorakie skojarzenia z życiem ludzi znad Jangcy.
Mamy więc ich historię (The Long March), filozofię (Yin & Yang),charakterystyczne dla konfucjanizmu opowieści ( The Little Fete), obraz wsi( The Tao Of Love), przyrody (Himalaya). Znaczące są też tytuły które konotują wyobrażenia obcokrajowców nasuwające się na myśl na hasło Chiny. Atmosferę albumu ma oddawać też niepokojące rozmazane zdjęcie V pływającego w basenie wypełnionym turkusowo zabarwioną wodą .Szczerze dla mnie niezrozumiale...
Azjatyckie brzmienia pojawiały się i na wcześniejszych albumach –tu jednak wyraźnie je polepszono i otrzymały pierwszoplanowe miejsce .Tytuł mylnie wskazuje na interpretację chińskich tematów. Właśnie bardzo ważną cechą tej płyty i zarazem kolejnym przejawem talentu artysty jest to że V nie poddaje się wiernemu naśladownictwu tworząc kopię chińskich brzmień . Zamiast kalki mamy niesamowitą kombinację wpływów azjatyckich z charakterystycznym brzmieniem V. Interpretuje różne aspekty chińskiej muzyki i kultury w swój własny unikalny sposób bez prób ich imitacji i. Inaczej mówiąc mamy tu zestaw pięknych melodii świetnie zilustrowanych wyszukanymi syntezatorowymi orkiestracjami powstałymi pod wpływem chińskiej muzyki.

"Chung Kuo" rozpoczyna oryginalne wykorzystanie efektów –słychać coś co przypomina helikopter, krążące wokół słuchacza ferie tekstur , dźwięki przypominające krzyczący tłum aż wreszcie pojawiają się instrumenty –dzwoneczki i syntezator wprowadzające majestatyczne pełne prawie patosu brzmienie .Wyciszenie w pojedyńcze dźwięki to interludium do kolejnego prawie pompatycznego wprowadzenia wygrywanego na syntezatorach . Tu dygresja – wersje cd różnią się w oznaczeniu utworów od wydań na winylu zarazem odmieniają zamierzenia V. Chung Kuo czyli „państwo środka” obrazuje nam ogrom i splendor Chin jako kraju – te doniosłe dźwięki były przypisane temu utworowi do 1:43 czyli do melodii . Od niego zaś zaczynał się Long March czyli utwór drugi który pierwotnie składał się z owej nastrojowej melodii z Chung Kuo na cd oraz fortepianowej wariacji, wydzielonej na cd jako Long March. Zresztą słychać wyraźnie że fortepianowe solo w drugim utworze to kontynuacja tematu z Chung Kuo na cd. Zwróćmy uwagę że inaczej w tym wypadku rozkładają się akcenty naszego pojmowania tej muzyki – krótkie wprowadzenie na temat Chin to jakby oznaka że V trudno oddać ducha i ogrom tego państwa. Long March otrzymuje zaś bardziej patetyczną oprawę - długi marsz oczywiście kojarzy się z Mao Tse Tungiem i chińską rewolucją , V sympatyzował z ruchami lewicowymi może należałoby rozumieć odarcie utworu drugiego z pięknej melodii w bogatej aranżacji na rzecz ascetycznego fortepianowego solo jako rodzaj innego spojrzenia na politykę Chin?
Wracając do tematu- posługuję się jednak cd dlatego ciąg dalszy opisuję przy Chung Kuo .Oj dzieje się- wspaniały temat z niebanalną , genialną melodią – jako podkład pojedyńcze dźwięki z keyboardu na tle których V osnuwa całą gamę syntezatorowych przepięknych pasaży. Znakomicie obrazuje to talent V.- przykład wykreowania orientalnego brzmienia bez jakikolwiek rzeczywistych odniesień do tej muzyki. Docenił te dźwięki choćby GM który zawarł je w reklamie luksusowego modelu Ford Mercury Lynx.
Long March - Vangelis pokazuje się jako świetny pianista. Fortepianowe solo oparto częściowo na poprzedniej melodii improwizowanej w neo –klasycznym stylu z lekkimi wtrąceniami sekwenserów. Long March ukazał się na singlu ( nie w wersji jaką znamy z cd) i co ciekawe zawiera rozwinięcie w postaci strony B czyli Long March part II. Ta właściwie piosenka wykorzystana przez UNICEF , zaśpiewana została przez The Children of Orleons Infant School Twickenham wybranego przez V po licznych wizytacjach szkół londyńskich. Polecam jej przesłuchanie choćby na bootlegu High In The Sky – opowiada o tym że należy przejść wzgórza, wzburzoną wodę, w rosnącej spiekocie i wietrze i jest opowieścią o ludzkiej determinacji.
Po stonowanym długim marszu poraża nas atak nieskoordynowanych dźwięków przechodzących w melodię. "The Dragon" to dziwnie synkopowany utwór który mimo że grany na instrumentach elektronicznych daje wrażenie że dźwięki wydobywane są z naturalnych instrumentów. Keyboardy brzmią tu bardzo miękko jesteśmy prawie pozbawieni linii basowej. Pulsujące brzmienie wspomagają kotły i talerze. V oddaje tu nastrój i ducha chińskich świąt w mitologii której smoki mają olbrzymie znaczenie. W opisie płyty podaje się że smok symbolizuje ducha zmian i kreatywną moc życia.
Po kolejnym pełnym ozdobników, głośnym utworze jako przeciwwaga (Jin i Jang?) stonowany cichszy kawałek. Plum Blossom otwiera duet skrzypcowo –fortepianowy imitujący orientalizmy gdzie fortepian pełni właściwie rolę tła a cały ciężar jest przerzucony na wspaniałą solówkę na skrzypcach Michela Ripoche , dobrego przyjaciela V jeszcze z czasów paryskich. Utwór zostaje w połowie trwania wzmocniony syntezatorowymi wstawkami dodającymi mu efektownego , nie przekombinowanego brzmienia. Kwiat śliwy to symbol seksualnej witalności.
Tao Of Love- melodią i instrumentarium wydaje się być orientalny –znakomicie naśladuje owe brzmienia , przechodzi jednak w solówki typowe dla V nie dające cienia wątpliwości, ze to V jest twórcą tej melodii. Utwór można uznać za prosty i pretensjonalny gdyby nie znakomita, wyważona aranżacja.
The Little Fete otwiera chiński flet. Nastrój wyciszenia i kontemplacji w medytacyjnym wydaniu przechodzi w dźwięk dzwoneczków i delikatne odprężające dźwięki syntezatora. Na ich tle pojawia się recytacja wykonana aby spotęgować wrażenie azjatyckości przez ...Koreańczyków (sic!) Koon Fook Mana i Yeunk Hak Funa. Ów monolog to zaczerpnięta z książki Taoizm opowieść z VIII wieku o tym że jak chcemy się napić wina najlepiej zrobić to w nocy - bo mamy wtedy dwóch kompanów –księżyc i nasz cień czyli nie jesteśmy samotni a i butelka cała nasza... Utwór kończy gong – kurtyna opada , przedstawienie się kończy
Te trzy minimalistyczne kawałki -"The Plum Blossom", "The Tao of Love" i "The Little Fete" to swoiste muzyczne ogrody zen ukryte pomiędzy bardziej epickimi, rozbudowanymi utworami.
"Yin & Yang" –tu dwie przeciwności można odczytać jako wschód i zachód –greckie buzuki grane na koto z tłem na syntezatorach to jakby synteza muzyki wschodu i zachodu .W pierwszej części utwór ma charakter typowo orientalny by przejść w mocne, nerwowe rytmy i dźwięki zachodniej muzyki której tłem są orientalne wstawki.
"Himalaya",to kolejny dowód jak znakomitym ilustratorem jest V przy oddawaniu przestrzeni i piękna przyrody a pomocą dźwięków. Nie ma tu melodii tylko nastrojowa atmosfera –bas oblewany dmuchającym wiatrem i syntezatorowymi falami odzwierciedla ogrom tego pasma gór. Utwór uświadamia jak V łatwo przykuwa uwagę słuchacza na ponad 10 minut w statycznej kompozycji przy braku właściwie melodii. "Himalaya" wyobraża powolny marsz na wysokości, poprzez wiatr, skalne doliny i lód przechodząc w zamykający płytę "Summit" który opowiada o końcu tej podróży –uwieńczeniem jest zapierający dech w piersiach widok w pustce i ciszy podniebnych szczytów. "Summit" rozpoczyna efektowny pastisz brzmień -wyraża nie triumf po trudzie lodowej wędrówki co charakterystyczne dla ludzi cywilizacji zachodu a rozkoszowanie się widokiem co znowu odzwierciedla inność osobowości ludzi cywilizacji dalekiego wschodu ceniących duchowość ponad inne przymioty.
W tej płycie słuchacz może znaleźć romantyczną chińska scenerię i portrety ogrodów ryżowych pól żyznej wsi, sztukę kaligrafii ideogramów jak fortepianowe interludium w Long March czy skrzypce w Plum Blossom wymieszane z dodanymi ze smakiem wpływami zachodnimi. Płyta koncepcyjna zrealizowana momentami z epickim rozmachem z pięknymi zdolnie zaaranżowanymi melodiami z wielością podkładów syntetycznych orkiestracji czy samotnego fortepianu nie ma właściwie nic w sobie z chińskich melodii –używa wschodniego skalowania na swój sposób aby za pomocą statecznych rytmów i tekstur syntezatorowych wyrazić majestatyczny obraz Chin
Znakomite konstrukcje bazujące na miksie azjatyckich linii melodyjnych z urokliwym brzmieniem syntezatorów dają nam niezapomniane romantyczne i nostalgiczne melodie.(10.25/10)

1 Chung Kuo 5:31
2 The Long March 2:01
3 The Dragon 4:13
4 The Plum Blossom 2:36
5 The Tao Of Love 2:44
* 6 The Little Fete 3:01
7 Yin & Yang 5:48
8 Himalaya 10:53
9 Summit 4:30

Koon Fook Man Vocals, Recitation
Vangelis Arranger, Multi Instruments, Main Performer, Design, Keyboards, Producer
Raphael Preston Engineer
Michel Ripoche Bass, Violin
Andy Hendriksen Engineer
Jo Mirowski Art Direction, Design
Veronique Skawinska Photography
Yeung Hak-Fun Recitation
Veroniqe Shawinska Photography
Yeunk Hak Fun Vocals

Nagrano w Nemo Studios, London 1979
spawngamer - 2006-05-27, 09:49

7.HEAVEN & HELL (1975)
Niemożliwe jest opisywanie tego co dzieje się na tym albumie muzycznie gdyż mamy tu taka miksturę dźwięków i nastrojów którą trudno tu oddać słowami i ubrać w przystępny opis.
Zacznę od końca czyli tracklisty ze względów na opisy utworów z LP jakie będę stosował przybliżając tą płytę.
Chodzi o to że wydania cd Heaven and Hell dzielą suity na:
Heaven and Hell (part one) – 21:58 (wliczając 4:58 So Long Ago, So Clear)
Heaven and Hell (part two) – 21:16
ale niektóre analogi mają bardziej szczegółowy podział :
1. Heaven and Hell, Part One — 21:58
a. Bacchanale — 4:40
b. Symphony to the Powers B — 8:18
c. Movement 3 — 4:03
d. So Long Ago, So Clear — 5:00
2. Heaven and Hell, Part Two — 21:16
a. Intestinal Bat — 3:18
b. Needles and Bones — 3:22
c. 12 O'Clock — 8:48
d. Aries — 2:05
e. A Way — 3:45
i tym podziałem się posłużę.
Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był Rick Wakeman i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.

Część pierwsza zaczynająca się od Bacchanale. utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell – nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę , dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca ELP czy Wakemana. Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki V
"Symphony to the Powers B" to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla V do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym , prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku.
Wtedy też na zasadzie kontrapunktu ,dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian – od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana, Karla Orffa. Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w "To the Powers B" podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany "Movement 3". Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora – po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór – radzę zwrócić uwagę na tą kompozycję – przede wszystkim na główne brzmienie – wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny , najbardziej przypominający późniejsze dzieła el V fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych Carla Sagana „Cosmos”, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
Wreszcie "So Long Ago, So Clear , gdzie falset Jona Andersona słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć Anderson chciał ściągnąć V na keybordzistę do Yes. V odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.

Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja "Intestinal Bat" zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków – kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec.
Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na "Needles and Bones" rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu Oldfielda przypominający wyszukane pląsy .
Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór "12 O’clock" rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety –czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów , nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dzwiękiem dzwonu w tle –memento mori? – dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan -niezwykły glos Very Varoutis daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos – jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty , również wykorzystany w serialu Cosmos".
Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do “Aries" pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię
"A Way" w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje V. Konczy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem – płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem.V uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę.
Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty –czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez V nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire (10.27/10)

Vangelis, piano (Bösendorfer),, Moog, Fender Rhodes, synthesizers, percussion, drums; Arranger, Main Performer, Producer
Jon Anderson, vocal;
Vana Veroutis, vocal; na "12 O'Clock
English Chamber Choir, vocals conducted by Guy Protheroe
Alan Lucas Engineer
fantomasz - 2006-05-27, 10:06


Część pierwsza zaczynająca się od Bacchanale. chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki
W kwestii formalnej
To nie potępieńcze krzyki, ale pijacka ekstaza. W końcu to bachanalia, święto boga Wina. Tylko czemu rzymskiego, a nie greckiego?
Na lekcji z kultury greckiej w LO puszczałem ten utwór. Zrobił wrażenie
fantomasz - 2006-05-27, 13:31


Tomku a gdzie ja piszę o rzymskich bogach?
zważ na tytuł Heaven And Hell a nie Tartar Und Olimp czyli chrześcijaństwo
Dariuszu zacny, ależ ja nie do Ciebie z przytykiem, ino do imć Evangelosa. Któryż to z nieznanych mi przyczyn nagrał Bachanalia, a nie Dionizja. Przeca to Hellen a nie Italik. Cezmuż więc z rzymskich obyczajów szeroko zaczerpnął?
Antalix - 2006-06-02, 22:02

Ciekawe czy pozycje z lat 90 również umieścisz na swoim TOP 10 np. 1492, El Greco.
spawngamer - 2006-06-08, 23:15

6.CHARIOTS OF FIRE(1981)
Rydwany Ognia (1981) napisane przezy Colina Wellanda i wyreżyserowane przez Hugha Hudsona oparto na prawdziwych wydarzeniach; przygotowaniach brytyjskich biegaczy do letniej olimpiady w 1924 roku. Pierwotnie filmowcy zdecydowali, że muzyka będzie odniesieniem do epoki w której dział się film i wykorzysta się melodie z lat dwudziestych . Ale reżyser Hugh Hudson chciał móc pracować nad muzyką z “żywym” kompozytorem .W 1980 roku współpracował przy kręceniu reklamówki samochodu Fiat Strada z niejakim Vangelisem , który zaaranżował tam na nowo jako melodię fragment Wesela Figara Rossiniego. Hudsonowi podobały mu się też utwory z płyty Opera Sauvage, które chciał nawet wykorzystać w filmie. Ściągnięcie V do realizacji filmu w jego wczesnym stadium było bardzo znaczące dla filmu. V będący zarówno kompozytorem , aranżerem, i wykonawcą mógł zastąpić całą orkiestrę swymi keyboardami a zarazem błyskawicznie zmieniać, adaptować swoją muzykę aby uzupełniała się z nastrojami filmu. Na wczesnym etapie muzyka V była używana jako robocze tracki do chwili kiedy film miał być montowany. Wymogi muzyki filmowej słychać choćby przy ilustracji treningów Abrahama. Kiedy syntezatorowe zawijasy towarzyszą jako wspaniały akompaniament krokom Harolda, nagle zostają wyciszone i oddalone na drugi plan by można słyszeć dialogi.
Producent David Puttnam nie przykładał do niej aż takiego znaczenia, lecz kiedy nowy, pulsujący temat Titles połączono z obrazem biegaczy na plaży nic nie mogło zaprzeczyć nastrojowi który został stworzony. Twórcy obrazu oniemieli kiedy V przedstawił kolejne melodie towarzyszące tej historii. David Puttnam stwierdził potem :gdyby wyodrębnić pojedyńczy bardzo ważny element rzutujący na wartość tego filmu to byłaby to muzyka. Scenarzysta filmu Colin Weland zaś dodaje: w 40 procentach do sukcesu filmu przyczyniła się muzyka.... Przypomnę tylko, że film był nominowany do 7 Oskarów a otrzymał 4 statuetki w tym dla najlepszego filmu i najlepszej muzyki. Nikt poza V ze świata el muzyki nie otrzymał tej nagrody do dziś... Na pewno zainteresowanie tym filmem głównie podtrzymuje muzyka V –. Chariots of Fire' jako film bez niej byłby tylko dziełem dzięki niej zyskuje inny metafizyczny, poruszający serce wymiar arcydzieła. V doskonale uchwycił w swych kompozycjach nadzieje i marzenia ówczesnej generacji młodzieży. Ta muzyka wyraża człowieczeństwo w jego wzorcowym znaczeniu i te wszystkie szlachetne cechy , które dziś są tak niemodne-odwagę, poddawanie się zasadom fair play, wiarę w czyste współzawodnictwo , determinację. Ścieżka dźwiękowa znakomicie uwypukla wizję prostych, nostalgicznie pojmowanych czasów , kiedy kilku młodych ludzi używało życia i biegało dla chwały czystości sportu.
Kiedy ten soundtrack ukazał się był unikatem. Rzadkie i ekstrawagancje było używanie muzyki syntezatorowej w filmach. Pojawiały się keyboardy głównie w filmach ciążących ku SF . V przetarł muzyce elektronicznej drogę do kariery w X muzie.
Muzyka ta zdobyła sobie aplauz ze względu na proste, ładne melodie i sposób w jaki V używał syntezatorów do orkiestracji które dawały poczucie że to nie jeden człowiek wygrywa te kompozycje ale cała orkiestra symfoniczna.

Otwierający płytę "Titles," to niezapomniany standard, który stał się jedną z najpopularniejszych melodii wszechczasów na miarę tytułowych tematów z Stars Wars czy Różowej Pantery. Nadal robi niesamowite wrażenie. Pulsujący dźwięk syntezatora , na tle którego pojawia się czyste, na swój sposób szlachetne brzmienie wygenerowanego tzw. francuskiego rogu nagle wspartego ścianą dźwięków z fortepianu i instrumentów perkusyjnych. Przypływy i odpływy syntezatorowego podkładu i w końcu porażająco piękna solówka na fortepianie plus orkiestracje. Ten utwór wzbudza emocje do dziś – prawie pompatyczny, ale nie kiczowaty, bardzo wzniosły , określający znakomicie opowieść filmu – czyli sport jako ideę czystej, nieskalanej złem rywalizacji. Znakomicie uchwycił wszystkie emocje towarzyszące filmowi , wzmagając je a nawet tworząc obywającą się bez obrazu wspaniałą symfoniczno elektroniczną fantazję. Temat tytułowy można też rozpatrywać jako opowieść o sprincie w zwolnionym tempie –początek to napięte mięśnie w blokach, eksplozja muzyki to start, fale syntezatora to ciężki oddech a melodia fortepianu to czysty fizyczny wysiłek towarzyszący dystansowi biegu, który w końcówce jest wielokrotnie powtórzony z wyraźnym zejściem w dół-to meta i wytracanie pędu ciała.
"Five Circles" mistyczny, tajemniczy utwór gdzie powolne wietrzne pasaże syntezatorowe kierują nas ku kontemplacji . "Five Circles" sugeruje spokój wewnętrzny połączony z duchowością. Powolny nastrojowy temat, zgrupowany w na dwóch nutach, wyraża osobowość Abrahama –tak jak ten był cichy i metodyczny w przygotowaniach do wyścigu tak i utwór jest ascetyczny w wyrazie, mający w sobie coś z pieśni kościelnych, przez co bardzo piękny .
"Abraham's Theme"- stonowany i w formie i wyrazie –minimalizm oddaje naturę i osobowość Abrahama. Dźwięk dzwonków brzmi prawie smutno ale bliżej mu do wyciszenia towarzyszącego refleksji uzyskanej głownie dzięki brzmieniom Fender Rhodesa.
"Eric's Theme" Pełen gracji –przejrzysta intensywność brzmienia pulsujących dźwięków basu, bębnów i cymbałek. Ten splendor i przepych kompozycji odzwierciedlają charakter Erica. Brzmienie jest lżejsze i odnosi się do muzyki szkockiej z odrobiną religijności określający ducha charakteru biegającego dla boskiej przyjemności. Muzyka jest wysmakowanie zaaranżowana i jest jednym z najlepszych przykładów jak V kreuje duże orkiestrowe brzmienie przez kombinację syntezatorów z akustyką instrumentów perkusyjnych. Mamy więc olbrzymie crescendo, ulegające modulacji , które w końcu zastępuje kolejne potężne crescendo.
"100 Meters" Znowu w zwolnionym jakby tempie mamy całą gamę dźwięków brzmiących niczym kosmiczne misterium –jakby zadawano pytanie dla kogo biegam? Brzmi prawie jak wycinek Beaubourg. Abstrakcyjna muzyka uchwyciła wysiłek biegaczy i ich przygotowania do wyścigu jak i pełnię chwały igrzysk. Utwór przechodzi płynnie w chorałową orkiestrację Jerusalem w jej tradycyjnym brzmieniu odpowiadając jakby na pytanie z 100 Meters. Utwór ten miał wielkie znaczenie dla historii Harrego Abrahamsa w filmie dlatego to powód że ta kompozycja znalazła się na soundtracku . Jest to hymn anglikański skomponowany przez Sir Charles’a Huberta Parry (1848-1918) wykorzystujący jako tekst poemat Williama Blake’a, The New Jerusalem, gdzie w tekście pojawia się rydwan ognia użyty do zatytułowania filmu. Utwór uzyskał jedynie delikatny, nienarzucający się syntezatorowy podkład.
Strona B wersji winylowej a w wersji cd utwór ostatni to epicka ponad 20 minutowa suita, majestatyczne zwieńczenie krążka. Eteryczny, delikatny utwór z momentami pełnymi mocy prawie hymnowymi rytmami –pełna gracji i majestatu kombinacja echa z fortepianu i keyboardów. Fortepianowe palcówki z poszumem syntezatorowych wiatrów przygotowują słuchacza do kolejnych przywołań elementów z wcześniejszych utworów. To swoista keyboardowa symfonia z manipulowanym rytmem , dziwnymi syntezatorowymi brzmieniami w podkładzie przechodząca w żywsze, szybsze tempo – z marszu przechodzimy w bieg by znowu zwolnić i zadumać się. Efekty echa, wiatru, spadających lopów dają wrażenie obcowania z kruchym, ulotnym przywołaniem czegoś z przeszłości – czegoś co już nie wróci.
Chariots of Fire to znak firmowy symfonicznej muzyki elektronicznej i muzyki filmowej wykorzystującej el. Swoista ikona stylu V zaowocowała doskonałym mariażem muzyki i obrazu. Uchwycił heroizm, wspaniałość i fizyczny ból biegów . Zawieszony pomiędzy pracą orkiestrową a elektronicznym nastrojem stał się arcydziełem temperowanym przez psychologiczne tematy filmu. Jakie by nie były opinie ta ścieżka dźwiękowa katapultowała V na szczyty popularności i od tej pory był często zapraszany jako kompozytor do zilustrowania kolejnych filmów. Co ważne, głównie wartościowych (Zaginiony, Blade Runner) lub do takiej rangi aspirujących, które okazały się dopiero na ekranie artystyczną porażką (Aleksander). Ta muzyka brzmi naprawdę magicznie i marzycielsko. Sposób kreowania nastrojowych melodii to głęboki wyraz jego talentu .

1 Titles 3:33
2 Five Circles 5:20
3 Abraham's Theme 3:20
4 Eric's Theme 4:18
5 100 Metres 2:04
6 Jerusalem 2:47
7 Chariots Of Fire 20:4

Vangelis Songwriter, Arranger, Producer, Main Performer, Performer, Composer, Keyboards
Raphael Preston Engineer
Harry Rabinowitz Arranger ( w Jerusalem)
Raine Shine Engineer
John Walker Engineer
The Ambrosian Singers Vocals, Performer, Choir, Chorus

Recorded at Nemo Studios London
spawngamer - 2006-07-16, 23:08

5.THE CITY (1990)
Vangelis nie spełnił swojej „groźby” kontynuacji cyklu zawartego na płycie Direct, co więcej wyniósł się z Aristy i trafił do East - West (WEA). Rok 1989 można by nazwać rokiem rzymskim. Wyjechał do Włoch aby zająć się muzyką do włoskiego filmu Francesco o św. Franciszku z Asyżu (muzyka nie wydana, perturbacje wydawnicze plus niechęć V do zalegalizowania tego na krążku – są bootlegi). Tamże stworzył Page Of Life, kolejną płytę z Andersonem i symfonię która nie ujrzała światła dziennego. Wreszcie w lipcu dał koncert w starożytnych termach forum Caracalla w celu zebrania pieniędzy na rzecz Italian Cancer Research. Wspomniany przeze mnie przy recenzji płyty Direct multi instrument wybudowany na potrzeby studyjne i koncertowe stał się bohaterem kolejnej płyty, która także powstała w Rzymie. Vangelis został poproszony przez Romana Polańskiego o zrobienie muzyki do filmu Gorzkie Gody ( V chwalił Polańskiego za to że ma bardzo poukładane wizje relacji obraz dźwięk co dawało mu psychiczne wytchnienie –czego nie miał przy współpracy z Scottem przy Blade Runnerze – ponoć reżyser ciągle kaprysił).V mieszkał w hotelu De La Ville gdzie także znalazł się jego sprzęt i ponoć od tak z niczego powstał tam także zapisany na tym instrumencie szkielet płyty The City jedynie obrobiony nieznacznie w Paryżu w Mega Studios. To w tym pokoju hotelowym nagrał dialogi Polańskiego z żoną a potem dał prywatny koncert wykorzystaniem Direct dla paru wyselekcjonowanych gości z tego nowego materiału m.in. dla Polańskiego. Vangelis stworzył płytę koncepcyjną w której zawarł odczucia które przynosi mu obcowanie z miastem. Płytę oparto na osi czasu –dźwięki przedstawiają życie metropolii od wczesnego świtu do późnej nocy czyli jednego dnia.
Czy aby jednego? Zwróćmy uwagę że płytę otwiera i zamyka ten sam dialog Polańskiego i Seigner . Można to rozumieć opatrznie – miasto nie ma nam nic do zaproponowania ponad codzienny cykl, który ciągle jest taki sam. Czyli ten jeden dzień to zarazem cała wieczność – zmieniają się na przestrzeni dziejów tylko odgłosy ulicy...Pytania także można mnożyć przy zagłębieniu się w temat jakie to miasto zostało sportretowane? Czy mamy do czynienia z Rzymem co byłoby najprostszą interpretacją ( niektórzy w tytule Procession dopatrują się tego potwierdzenia, że niby wskazuje to na Watykan i procesję religijną) czy może jest to obraz miasta kosmopolitycznego , pachnącego egzotyką, gdzie różne nacje, mówiące w różnych językach , ruch uliczny, klimat kawiarń, dzielnice uciech to obraz dzisiejszej rzeczywistości dużych aglomeracji, albo czy V zastosował kompilację , zlepek stereotypów z różnych miast np. Paryża (Morning Papers), Rzymu (Procession), Tokio (Twilight)? Trudno dociec ....

Dawn – To swoisty pean na temat pierwszych promieni słońca. Lekkie smaganie strun i melancholijne wstawki trąbki której towarzyszą zwiewne dźwięki imitujące marimbę, wyczarowują przed nami wzbogacone o kombinacje perkusji i rogu ambientowe cienie w jasnych, pastelowych kolorach. Wprowadzony na otwarcie płyty nastrój sennego mirażu, powoduje że ten kawałek można postrzegać jako swoistą digitalową reminiscencję klimatu muzyki z Blade Runner’a. V nie zdradza się żadnym dźwiękiem jak naprawdę odczytywać nastrój tego utworu. Utwór ten właściwie snuje się jak długie intro , wprowadzenie do właściwej melodii. Pod koniec pojawiają się dotąd nie stosowane przez V zabiegi – aby zobrazować pełniej zamierzenie płyty czyli oddanie ducha miasta V kreuje poprzez efekty dźwiękowe jego odgłosy –słychać kroki, monolog Polańskiego z żoną Seigner ("Is the city open?"-"c'est beau Romain, c'est beau"-"Are there any morning-papers yet?" -"Too early"-"a sandwich"-"Thanks"), przechodzące w Morning Papers gdzie do kontynuacji tych odgłosów dochodzi –bicie zegara, zapowiedzi z dworcowego megafonu, sygnał karetki. Wszystko to sprawia że imitacja atmosfery miasta jako takiego poprzez uniwersalne jego odgłosy nabiera kolorytu a słuchacz ma wrażenie obcowania z rzeczywistością. Ten wstęp można przyrównać do intro "Shine On You Crazy Diamond" Pink Floyd wprowadzenia pewnej atmosfery rozwiniętej w trakcie trwania płyty.
'Morning Papers' rozpoczynają kroki , odgłosy ulicy i Roman Polański proszący o poranną gazetę w kiosku. Utwór ma bardzo intymny, zmysłowy nastrój. Duża rola przypada perkusji przywodzącej na myśl styl muzyki z tradycyjnych filmów gangsterskich. Zawiera ciekawe wariacje i wprowadzające pewien dysonans (nie europejskie brzmienia fletu ), chór i linię bassową kojarzącą się z sekcją z "The Friends Of Mr. Cairo". Synkopowany jazzujący podkład perkusji i niesamowity klimat kilku nut na keyboardzie zestawionych z solówką na prawdopodobnie sample azjatyckiego fleta Schakuachi nadaje utworowi bardzo senny, wprost zamroczony klimat wibracji smooth jazzowego klubu. Coś jakby chwila po wyjściu po całonocnej balandze na orzeźwiające powietrze na pustą, dopiero budzącą się do życia ulicę – czyli gdy świta muzyczna aktywność wzmaga się poprzez instrumentarium.
"Nerve Centre", zmienia całkowicie dotychczasową otoczkę odbioru płyty. Bębny i perkusja wykorzystane w bardziej konwencjonalny sposób na pierwszym planie w korelacji z dziwną melodią z syntezatora . Pojawiają się elementy prog rocka –solo gitarowe. Poziom aktywności zniża się pod koniec utworu a solówka na gitarze wybrzmiewa niczym triumfująca konkluzja. Ten utwór zawiera żywsze rytmy –perkusja przywodzi na myśl reminiscencję "Industrial Revolution" Jarre’a –metaliczne brzmienie syntezatorowych efektów i emulowane nienaturalne brzmienie gitary elektrycznej-przedstawiają świt dnia pracy machiny biurokracji, pracę setek urzędników wypełniających biurka w śródmieściu wieżowców wielkich korporacji –utwór przerwany jest swoistą iluminacją dzwonków i dodaniem cyfrowego chóru przy pozostawieniu pozostałych imitacji instrumentów. Mój ulubiony fragment to eksplozja śpiewu chóru od 4.27. Nastrój porannej gorączkowej aktywności ludzi spieszących się do pracy, spotęgowano efektami samochodowych klaksonów. Zwraca tu uwagę zniekształcone brzmienie gitary brzmiącej jak perkusyjny podkład melodii z interesującym użyciem cyfrowego chóru jako prowadzącego dźwięku i digitalowej emulacji OBX jako solowego syntezatora.
"Side Streets" rozpoczynają efekty dźwiękowe naśladujące motocykl, linia perkusji sugestywnie sugeruje podróż drogą Ciekawy prawie taneczny rytm wybijany na perkusji na tle którego wiolonczela prowadzi główną melodię –jako ozdobniki efekty perkusyjne emulowane glosy i oszczędne w wyrazie solówki na syntezatorze. To jakby ucieczka od trybików w jakich tkwią pracujący ludzie ku spotkaniu z przyjaciółmi w Good To See You.
"Good To See You" . Bez tego utworu płyta ta uplasowałaby się poniżej Direct. Jak dla mnie przewspaniałe brzmienie saksofonu w zestawieniu z piękną melodia powoduje u mnie że mam do niego wielką słabość. Słyszymy odgłosy ulicy ale nie nerwowego okresu szczytu lecz spokojnej pory popołudniowej gdy ulice cichną a skrzyżowania pustoszeją Na ich tle wchodzi perkusja, syntezatorowy podkład i przewspaniałe saksofonowe solo. Klimat jaki w tym utworze uzyskał V jest unikalny –niby relaksujący ale podskórnie w brzmieniu saksu słychać jakąś nutkę smutku, tęsknoty za czymś innym. Banalny tekst wypowiadany przez Kathy Hill imitujący prawdopodobnie rozmowę przez telefon, odgłosy jej śmiechu, jak dla mnie symbolizują nie tyle ulotność chwil spotkań, rozmów z przyjaciółmi co bardziej pustkę wynikającą z takich kontaktów po których zostaje tylko wspomnienie a my w wielkim mieście jesteśmy tak naprawdę samotni i anonimowi w swoich czterech ścianach co być może przekazuje nam przejmujący Twilight następujący po Good To See You.
"Twilight" .Ten bardzo nastrojowy, pełen zadumy utwór otwiera szum wiatru na tle którego przejmujący głos kobiecy deklamuje po japońsku by potem pola oddać syntezatorom. Orientalna w brzmieniu melodia rozpisana na keyboardy, rozwija się w czas trwania całego utworu . 'Twilight' ma niesamowitą atmosferę jakby melodyjnego ambientu. Dodatkowego uroku i powabu tajemniczości na tle ulotnych dźwięków dodaje niezrozumiała dla Europejczyka monodeklamacja w wykonaniu Mikamo Yuko i Kimury Rieko. Refleksyjna harfa z jednostajnym podkładem efektów syntezatorowych akompaniuje późnemu popołudniu, zmrokowi –zapachom miasta unoszącym się w powietrzu przez otwarte na nadchodzący chłód nocy okno. Skąd ta interpretacja? Z tłumaczenia tekstu : Dzień przechodzi w zmierzch, to magia czasu, ten sam czas nastąpi jutro i nadejdzie kolejna magiczna chwila, tak się dzieje gdy kolory zmieniają się w aromaty a aromaty przechodzą w kolory i tak jest kiedy cienie topnieją w głębokiej melancholii.
"Red Lights" to zupełny kontrast poprzedniego utworu, gwałtowna zmiana nastroju zaskakujący zestawieniem głośnych dźwięków z rogu i perkusji. Samplowane głosy reprodukowane w manierze orientalnych zaśpiewów, a właściwie zabawy w udawanie śpiewu w stylu karaoke i syntezatorowe efekty sugerujące emulację popowego brzmienia lat osiemdziesiątych. Powtarzane słowa to O-hayashi sposób mówienia używany podczas festiwalu Matsurito naśladujący rytm z bębnów taiko . Oba wyrażenia doshita i korya sa mają znaczenie w języku japońskim ale podczas Matsuri są używane jako nic nie znaczący okrzyk publiczności. Zaskakujący utwór wydający się być bardzo trywialnym, blichtrowatym kawałkiem - tak naprawdę jest taki bo ma ukazać przez to naturę uciech w mieście – jako pustych , hedonistycznych, maskujących naszą samotność. Końcowy róg wprowadzający minorowy nastrój oznacza że każda zabawa kiedyś kończy się i wracamy do niechcianej rzeczywistości –stąd połączenie tych ostatnich akordów z epicką Procession.
Ostatni, najdłuższy utwór to wspaniałe zwieńczenie płyty powoli podnoszące napięcie w którym wiolonczela powraca na pierwszy plan. Niebanalna melodia wspomagana jak zwykle znakomitymi samplami i podgłosami chóru plus w końcu znak rozpoznawczy V. charakterystyczne orkiestrowe brzmienia. Głęboka noc ma w sobie moc oczyszczenia z hałasu dnia codziennego w mieście. Jest czysta i silna. Następuje zaskakujące przejęcie roli wiolonczeli przez akordeon i wprowadzenie patetycznego tonu poprzez werble w stylu wojskowym, które zostają wyciszone i w końcu symbolicznie, jako uzmysłowienie że wszystko zatacza krąg powtórzenie efektów i dialogu z Morning Papers spinających klamrą całą płytę.
The City jest niczym soundtrack – swoistą muzyką dla wyobraźni – refleksyjna opowieść o miejskim życiu wspaniale łączy w kompleksowy przekaz to jak miasto może być miłe, przyjacielskie a zarazem mroczne i odpychające. V maluje różne nastroje – strząsa senność i rusza poprzez ruchliwe ulice i promenady aby wrócić do domu i zainicjować proces od początku. City jest zarazem zmysłowe – poprzez wyszukane rytmy i jakość i malarskość dźwięku i melodii stworzonych przez mistrza. Znakomicie wykorzystuje cyfrowe brzmienia do opisania owej metropolii. Jeden z najlepiej oddanych dźwiękowo obrazów miasta według mnie ciekawszy od Blade Runner do której jest zresztą kilka przywołań i reminiscencji tyle że tu podanych jako esencjonalne składniki . Płyta jest bardziej minimalistyczna niż Direct –jako dekoracje użyto urywki rozmów, efekty dźwiękowe Tu zwraca zwłaszcza interesujące wykorzystanie azjatyckich wpływów poprzez użycie słów czy efektów dźwiękowych. Sample dźwięku monet, rozmów odgłosów ulicy budują bardzo sugestywną atmosferę miasta, uromantyczniają i odpowiednio budują nastrój ––słychać że ten album był tworzony głównie w nocy , w otoczeniu dźwięków jakie przynosi jej cisza - słychać że urzekła go. Co ważne przy efektach, płyta ta jest znakomita od strony realizacji w czym zasługa Frederica Rousseau, inżyniera dźwięku i też el muzyka (polecam Spirit In The Woods) co szczególnie uwypukla się w Dolby Surround. Vangelis rozwija na tej płycie i czerpie z różnych stylów jazz (2) rock (3) new age (5, 6). Instrumentarium oparte jest na syntezatorach, ale brzmienie bardzo różnorodne [trąbka 1, gitara 3, wiolonczela 8]. Tym bardziej więc warto poznać ten muzyczny portret mistycznej podróży ulicami miasta. Miłośnicy muzyki elektronicznej z pewnością nie będą zawiedzeni.(10.35/10)
1. Dawn (4:16)
2. Morning Papers (3:55)
3. Nerve Centre (5:30)
4. Side Streets (4:12)
5. Good to See You (6:51)
6. Twilight (4:57)
7. Red Lights (3:55)
8. Procession (9:33)
Vangelis / all instruments Arranger, Producer, Main Performer
Mikamo Yuko and Kimura Rieko / voices on "Twilight" and "Red lights"
Kathy Hill / voices on "Good to see you"
Roman Polanski and Emmanuele Seigner / footsteps and voices
Philippe Colonna Engineer
Frederick Rousseau Engineer
Alain Marnat Mastering
Florian Assistant Engineer
Ras Baboo Assistant Engineer


spawngamer - 2006-08-05, 13:35

4.SPIRAL (1977)
Otwierający album tytułowy Spiral rozpoczynają proste dźwięki, które można nazwać loopem tamtych czasów, wibrujące, wirujące wokół nas idealnie naśladujące spiralę albo właściwie ruch po niej. Zostają one przyciszone i słychać stopniowany , narastający motyw symfoniczny z dodanym dzwonem rurowym przypominającym Tomitę z Pictures At An Exibition. Wielokrotnie powtarzany ma pompatyczne, doniosłe brzmienie. Im bardziej melodia się rozwija tym rytm staje się szybszy. Syntezatory przyspieszają tempo podkładu na tle którego V wygrywa solówkę na keyboardzie podobną do tych z Albedo 0’39 o konotacjach prog rocka wspartą wstawkami instrumentów perkusyjnych jako ozdobników ( pojedyńcze uderzenia, talerze ) by w końcu prawie że galopadę gwałtownie urwać. To jeden z najsłynniejszych tematów V często wykorzystywany w TV ( u nas telewizyjne Studio Sport ), stworzony z brzmienia podobnego do trąbki brzmiącej dość nienaturalnie bo kreowanej z syntezatora. Utwór jest powalający; wymiatające kaskady elektronicznych dźwięków robią wrażenie zwłaszcza przy słuchaniu przez słuchawki. Chwytliwy , atmosferyczny pełen biegle stworzonych ozdobników: sekcja wypełniająca ostatnie dwie minuty to czysta muzyka progresywna wygenerowana przez syntezatory , doprawiony bębnami, kotłami, dzwonkami, i innymi instrumentami perkusyjnymi. Słuchacz zostaje zaskoczony nieskończonym, pełnym splendoru loopem: wywierającym dramatyczne wrażenie, prowadzonym na keyboardach łączących nastrój symfoniczno –hymnowy. Spirala jest odzwierciedleniem nieskończonego ruchu wszechświata. Słychać coś jak właśnie wirujący w spirali dźwięk zrobiony w jak na ówczesne czasy nowoczesnej technologii, które V umiejętnie wplótł w swe muzyczne pejzaże. Pełen mocy, poruszający utwór jest wspaniałym wprowadzeniem w dalszą zawartość płyty.
Mocne , głośne dźwięki zastępuje rozlewający się leniwie pejzaż barw, nastrojowe intro do Ballad rozwija się wolnym rytmem, wspartych gwałtownie silniejszą partią muzyki która zostaje wyciszona a na tle wielce nastrojowego podkładu pojawia się jako akompaniament zwokoderowany głos ludzki podśpiewujący jakieś niezrozumiałe onomatopeje. Słowa są nie do rozszyfrowania. Można rzec że nie mają znaczenia w myśl słów Vangelisa –Obraz to poezja bez słów , poemat jest wyobrażeniem bez obrazu, a muzyka jest jednym i drugim. Niesamowity klimat zostaje wzmocniony – pojawia się coś na kształt refrenu poprzez mocniejsze granie –pasaże na CS80 niezwykłej urody zdecydowanie pasują do obrazku rozgrzanej plaży , spokoju, relaksu ale i zarazem jakiejś zadumy...około szóstej minuty melodia przechodzi bardziej w improwizację by powrócić na końcu do głównego wątku. Kompozycja składa się z większej ilości brzmień niż melodii. Utwór to kontrast do Dervisha D – tutaj mamy instrumentalną balladę, która wycisza nastrój po rozbudzającej Spirali – eksplorując bardziej intymne nastroje, z wpływem interakcji pomiędzy elektrycznym pianinem a syntezatorami wprowadzającymi romantyczne niuanse. Mamy tu ulotny, impresjonistyczny kolaż dziwnych wokaliz, z bluesowo nastrojonymi syntezatorami.
Dervish D zainspirowany jest tańcem derwiszów , którzy poprzez obracanie się wokół własnej osi w tańcu odzwierciedlają wirowanie wszechświata. To kolejny bardzo rozpoznawalny utwór. Bardzo dynamiczny wstęp kontrastuje z poprzednią melodią opartą na instrumentach perkusyjnych którą przełamuje pasażami na syntezatorze –zwróćmy uwagę że gdyby nie podkład bliżej byłoby glissandom V do eksperymentalnej Beauborg niż do melodyki jego innych dokonań– znowu pojawia się tematy przypominające coś jak refren i zwrotki jakby to był album z piosenkami bez słów. Warto odnotować dużo łagodnych dodatków przypominających delikatny w odbiorze wibrafon. Podobny do Spiral, ale odrobinę szybszy , ma 'loopa', w linii melodycznej granej na jej szczycie. Melodia pozostaje niezmienna tylko zmienia się w górnych partiach co jest bardzo efektowne. Dervish D’ to prawie popowy najbardziej zorientowany na ten kierunek muzyki na płycie utwór z chwytliwym motywem i powracającą sekwencja syntezatorową, gdzie można odnotować najszybsze tempo.
Powolne uderzenie basu rozpoczyna To The Unknown Man. Temat rozwija się powoli poprzez konwersację linii basowej z główną melodią; od powtarzania motywu przewodniego przechodzącego przez syntezator na wyższe tony. Po wybrzmieniu całej frazy, dochodzą nowe podkłady , instrumenty - przypominające chór brzmienie syntezatora, trąby, w końcu na pierwszy plan wchodzą werble przełamujące kompozycję. Kiedy pojawiają się owe werble bardzo militarne brzmienie przypomina pogrzeb nieznanego żołnierza. Czyżby ten utwór dotyczył ciągłych wojen? Następnie powraca główny temat, który tym razem oblany jest keyboardowymi brzmieniami przypominającymi późniejsze symfoniczne podkłady V, które pozostają ale zmienia się melodia. Od 6.30 pojawia się spokojny rytm perkusyjny. W finale ten perkusyjny bit ulega zelżeniu abyśmy mogli ujrzeć w pełni cały operowy obrazek gdzie zakręcone arrpeggiatory wywołują surrealistyczne wyobrażenia niczym kosmiczna interpretacja Ravela. Doniosłe powagą brzmienie jest charakterystyczne dla tego utworu stworzonego jako rodzaj symfonicznego poematu, mieszanki spokoju, melancholii i majestatycznej celebry ; pogrzebowy rytm wzbogacono przez dodanie różnych tekstur i orkiestracji biegle wprowadzonych do utworu. Jest tu splendoryczno - bombastycznie, prawie wagnerycznie. Mamy tu mieszankę nowoczesnych wpływów i melodii z keyboardów; Vangelis później rozwinął to brzmienie co da się choćby usłyszeć na Opera Sauvage. Zarazem "To the Unknown Man", można postrzegać jako kolejnego prekursora Titles z Chariots Of Fire z imitującym marsz bitem i ze strukturą przypominającą ten hit.
3+3 tytuł prawdopodobnie wziął się od rytmu utworu. Składa się jakby z dwóch melodii z których pierwsza powraca na końcu . Pierwsza melodia w typowym V stylu : melodia jest prosta i powtarzana coraz to wyżej. Druga melodia to kombinacja brzmień orkiestrowych z solo upodobniającym się do organów. Brzmi to prawie jak blues na syntezatorach. W finale mamy
bardzo melodyjny kompleks sekwenserów wymieszanych z partiami syntezatora i orkiestracji."3 + 3" to kolejny temat przedstawiający ideę spirali z niezwykłymi sekwencjami i chórami w stylu progresji.
"Heaven and Hell" był Vangelisa przełomem, tak Albedo 0’39 a zwłaszcza ten album ugruntowały popularność V. Oprócz cieszących się do dziś dużą rozpoznawalnością melodii zawartych na tym albumie swoistą ikoną stylu V stała się okładka tej płyty czyli wtyczka od mikrofonu układająca się w wężowy kształt wyłaniająca się spośród chmur błękitnego nieba. To chyba jedna z najciekawszych okładek jeśli nie najlepsza z tamtych czasów. Kabel to odzwierciedlenie techniki lecz jego usadowienie w chmurach i to że przypomina kształtem żywe stworzenie zdają się mówić : nowoczesna technologia nie musi być bezduszna; można nią kreować obrazy i barwy, które dają ludziom radość a zarezerwowane dotąd dla tradycyjnych środków wyrazu.
Vangelis swymi eksperymentami pchnął elektronikę na nowe tory. Można rzec że V był prekursorem space music – zwróćmy uwagę choćby na użycie echowych brzmień jak ten na arpeggiatorze w tytułowej kompozycji. Arpeggiatory zresztą znakomicie są użyte także i na 3+3. Struktury są dynamiczne a utwory bardziej wyszukane i skomplikowane. Keyboardowe przedstawienia są nadal bardzo efektowne .Wyraźna transgresja w muzycznym rozwoju ku pełnym dźwiękowym pejzażom , szczególnie w To The Unknown Man to dowód artyzmu. Vangelis w tym okresie już popadał w rozbudowane orkiestracje ale to wysublimowany przykład rozumienia kiedy przed tym należy się powstrzymać w aranżacjach. Po Spiral, styl Vangelisa zmienił się w bardziej gładki, melodyjny , syntezatorowy, z bliższą relacją pomiędzy muzyką klasyczną a elektroniczną. Yamaha CS-80 stała się nieodłącznym emploi związanym z postacią V .Myślę że to kamień milowy w jego karierze, który wypromował go poza wąskie grono miłośników el muzyki. Pytany o sukces albumu odpowiedział : "Próbowanie stworzenia albumu sukcesu jest błędem. Próbować być prawdziwym wobec siebie to sukces”. Spiral” wyłapuje i powraca do ducha wcześniejszych dokonań ale zarazem zdaje się być materiałem bardziej przemyślanym i zwartym – zdaje się ascetycznie doskonale perfekcyjna w kompozycjach, pomimo że nie osiągnął tego samego poziomu ekscytacji w większości epickich pasaży w stosunku np. do Heaven And Hell ( można zarzucać mu pewną kliniczną precyzję) ale kompozycje są tu bardziej zwarte , cały album przypomina monolit , gdy na wcześniejszym, porównywalnym brzmieniem i stylem Albedo 0’39 pojawiają się zgrzyty. Konkludując “Spiral” stoi na pozycji absolutnego klejnotu muzyki elektronicznej - łączy ekspresję i muzyczne ambicje wczesnego V z awangardą i symfonicznym prog rockiem i zarazem jest wzorcem jak zrobić doskonała płytę z el muzyką. Spiral udowadniał że użycie keyboardów nie polega na włączeniu przełącznika tylko na „on” ale i na tym ze artysta może z nich stworzyć nowoczesne arcydzieło, nie nużące słuchacza bełkotem dźwięków. Płyta ta to prawie patetyczny sposób wyrażania emocji zawierająca pięć perfekcyjnie dopracowanych dźwiękowych malowideł arcydzieł obracających się wokół tytułowego tematu spirali. Jeśli można mówić że są dla mnie jakieś lepsze od tej płyty dzieła V to tylko z czysto emocjonalnych powodów - to kwintesencja muzyki spod znaku ME, której płyty V są podwaliną.

1. Spiral (6:55)
2. Ballad (8:27)
3. Dervish D (5:21)
4. To the unknown man (9:01)
5. 3+3 (9:43)

Vangelis / keyboards, multi instruments, arranger, producer, design, sleeve design
Jack Wood Art Direction
Veronique Skawinska Photography
Marlis Duncklau Assistant Engineer
Keith Spencer-Allen Engineer
Michael Hudson Graphic Design
Michael Plomer Photography
Nagrano w Nemo Studios


fantomasz - 2006-08-05, 23:41

Świetna płyta, jedna z najlepszych (moim zdaniem) w całej dyskografii Greka. Bardzo elektroniczna. Gdyby nie mój sentyment do Odes/Rapsodies, Spiral powstawiłbym na piedestale.
Znakomity utwór tytułowy, rewelacyjny marsz "Pamięci nieznanego człowieka" (To the unknown man)
Słowem - smakołyk.
Bardzo ładny opis płyty.
Gratuluję
f.
PS. Przy okazji przetestowałem "szybką odpowiedź"
phaedra - 2006-08-06, 18:00

U mnie Spiral jest na 1 miejscu.
jarre3 - 2006-08-09, 11:21

i tak wiadomo że wygra "Blade Runner".Innej możliwości nie może być
fantomasz - 2006-08-09, 11:47

i tak wiadomo że wygra "Blade Runner".Innej możliwości nie może być
Płyta, której nie lubię i nie słucham.
jarre3 - 2006-08-09, 12:35

przecież Blade Runner to arcydzieło.co prawda innych płyt Vangelisa,za bardzo nie lubię ale Blade Runner uważam za jedną z najlepszych płyt w historii muzyki elektronicznej.
monsoon - 2006-08-09, 12:48

ja tylko czytam ten wątek...
ja tylko czytam ten wątek...
ja tylko czytam ten wątek...
...
Nerious - 2006-08-09, 14:47

przecież Blade Runner to arcydzieło.co prawda innych płyt Vangelisa,za bardzo nie lubię ale Blade Runner uważam za jedną z najlepszych płyt w historii muzyki elektronicznej.

Dla Ciebie najleprza , dla innych nie....kwestia gustu
phaedra - 2006-08-09, 20:12

Kiedy będzie KS ?
fantomasz - 2006-08-09, 21:11

Kiedy będzie KS ?
Najpierw Kraftwerk
Bardzo jestem ciekaw, bardzo.
phaedra - 2006-08-09, 21:23


Najpierw Kraftwerk a zKS czekam na SuperMegaReallyJubileeEdition - 120 płyt

Rozumiem Klausia zostawiasz sobie na deser. Wszystkie płyty chcesz na nowo przesłuchać ?
fantomasz - 2006-08-09, 21:26

chyba po prostu napiszę krótkie teksty-jakieś pół strony?
Nie! To nie byłoby w Twoim stylu
Belmondo - 2006-08-09, 21:27


Najpierw Kraftwerk a zKS czekam na SuperMegaReallyJubileeEdition - 120 płyt

Hmmm skoro juz pytamy o innych, to kiedy bedzie Polaris- Top 5, Jarek D.- Top 5, Konrad K.- Top 5, moze CES I- Top 5 ? A Kellery i Schonwaldery tez rozumiem na pozniej ?

Pozdr
phaedra - 2006-08-09, 21:28

chyba po prostu napiszę krótkie teksty-jakieś pół strony?
Nie! To nie byłoby w Twoim stylu

Eeee, Darku, nie skracaj !!! Ja już tak nie piszę...aha...musze w końcu wziąć się za swoje recenzje.
fantomasz - 2006-08-09, 21:31

moze CES I- Top 5
Spróbowałby ktoś?
phaedra - 2006-08-09, 21:32

moze CES I- Top 5
Spróbowałby ktoś?

Przecież w recenzjach nieco napisaliście już.
Belmondo - 2006-08-09, 21:35

moze CES I- Top 5
Spróbowałby ktoś?

Hmmm fantomaszu, zdaje sie nie recenzowales nic z CES ?

Pozdr

[ Dodano: 2006-08-09, 21:36 ]

Przecież w recenzjach nieco napisaliście już.

Jedynie po lebkach. Pewnie nikt jeszcze nie przesluchal calosci od deski do deski
Zreszta mi bardziej chodzilo o naszych muzykow, CES byl przy okazji.

Pozdr
phaedra - 2006-08-09, 21:37


Jedynie po lebkach. Pewnie nikt jeszcze nie przesluchal calosci od deski do deski
Zreszta mi bardziej chodzilo o naszych muzykow, CES byl przy okazji.

Pozdr

Przyznam się, ze jestem dopiero po przesłuchaniu pierwszej płyty...
fantomasz - 2006-08-09, 21:40

Hmmm fantomaszu, zdaje sie nie recenzowales nic z CES ?
Jam nie godzien
Belmondo - 2006-08-09, 21:42

nie da rady...Polarisa mam tylko 2 płyty Jarka żadnej , Konrada wszystkie ( ) Ces był tylko jeden -hje hje zlośliwcze -schonwaldera z kellerem też nie bedzie bo to nudy (Keller solo to co innego).
A kluczem do recenzji są podfora -widnieje tam także niejaki redshift ale już wolę wybrać Top 10 z NBS

Jarek fajnie kurde kiedys gral. Heh, niech bedzie Top 10 z NBS, choc to z pewnoscia przedsiewziecie niczym KS Top 10 przynajmniej pod wzgledem ilosci plyt. CES byl jeden ale az 3 plytki na pewno top 5 utworow by sie uzbieralo chyba, zeby kurde ankietke pyknac

Pozdr

[ Dodano: 2006-08-09, 21:44 ]

Jam nie godzien

Ale phaedra na pewno godzien

Pozdr
Belmondo - 2006-08-09, 22:18


i to jest mysl ! tylko komu się bedzie chcialo te wszystkie tytuly wklepywać?

A ilez to klepania ? Widze, ze znowu musze przejac inicjatywe

Pozdr
phaedra - 2006-08-10, 19:51


Ale phaedra na pewno godzien

Pozdr

Co phaedra nie godzien ?
Belmondo - 2006-08-10, 22:52


Co phaedra nie godzien ?

Fantomasz nie godzien, phaedra godzien. Czytaj uwaznie.

Pozdr

Strona 1 z 21, 2



Pokrewne tematy

WARSZTATY Z MILANEM KOZANKIEM - WARSZAWA 10 - 15 marca 2007
WARSZTATY COMMERCIAL JAZZ Z MICHAŁEM ŁABUSIEM 19.10 WROCŁAW
NIC TYLKO BŁĘKIT - premiera TT Zawirowania w W-wie 10.11
Opera Bałtycka - casting dla tancerzy (10.06.2008)
AUDYCJA DO SEAD WARSZAWA, 10.03.07
Klaus w telewizji arte - 10/11 maja
WARSZTATY TANECZNE W SZCZYTNEJ (3-10 luty)
10 GRZECHÓW GŁÓWNYCH JMJ
Kupię Korga MS 10
Korg SQ-10
  • podstrona 870
  • mania depresja
  • foum bogatynia
  • taekwondo vs
  • zima trzyma
  • vurnon anita
  • trebles ti9B3umaczenie
  • duke manhatan project
  • 2222asus vx32222 lspci
  • Zestaw tematów z for dyskusyjnych : Index